Umniejszać się na chwałę Najwyższego

Dzisiaj miała miejsce pewne sytuacja. Wyskoczyłem wieczorem na moment z domu po kawę i na mojej drodze napotkałem leżącego starszego mężczyznę, na oko gdzieś około siedemdziesiątki. Stał nad nim młody chłopak wraz z dziewczyną i próbowali przekonać go, by podniósł się, bo w innym razie może usnąć i przemarznąć, a w nocy temperatura spada poniżej zera. Mężczyzna był pijany. Mamrotał, że nigdzie nie wstaje i nie zamierza się podnosić. Po chwili udało się wyciągnąć informację, że mieszka niedaleko, choć już niestety bez dokładnego adresu – wskazał jedynie kierunek. W końcu dał się też przekonać, że pomożemy mu iść, biorąc go pod ręce. Podnieśliśmy delikwenta z chodnika i wolno ruszyliśmy najpierw po schodkach, a poźniej dalej ścieżką we wskazanym kierunku.

Po przejściu kilkunastu metrów mężczyzna nagle się rozkleił. Zaczął nam dziękować i ze łzami w oczach powiedział, że nigdy nie spodziewał się, że „młodzi ludzie” zechcą pomóc komuś takiemu jak on. Oczywiście wyraził to wszystko poszarpanymi słowy, adekwatnymi do ilości promili zawartych we krwi, siebie samego nazywając przy okazji ‚dziadem’. Zaoponowałem, mówiąc, że jest człowiekiem – jak każdy z nas, nikim mniej. „Polakiem…” – wymamrotał. Uśmiechnąłem się z sympatią i dodałem, że jednak przede wszystkim człowiekiem. „Polakiem!” – wykrzyknął nieomal. Zerknąłem na moich kompanów i łagodnie przytaknąłem dla świętego spokoju – „Polakiem i człowiekiem, jednym i drugim”.

Przeszliśmy kolejne kilkanaście metrów i doszliśmy do pobliskiej bramy. Niezmiennie podejmowaliśmy też próby ustalenia, gdzie dokładnie mężczyzna mieszka, ale ten wciąż wskazywał jedynie kierunek. W pewnym momencie spojrzał na mnie i zapytał – „A pan warszawiak, pan tu mieszka?”. Przytaknąłem i dodałem, że choć mieszkam nieopodal, to urodziłem się na Starym Mieście.

I tu nastąpił zwrot akcji! „Przecież Starego Miasta nie było!” – wymamrotał ze złością na twarzy. „Niemcy… Zburzone…” – cedził kolejne słowa, jakby przypomniały mu się obrazy z dzieciństwa. „Wie pan, ja się urodziłem w latach 80-tych, więc wtedy już było” – ze spokojem próbowałem określić moment swych narodzin. Wzburzenie jednak rosło i zaczęły padać wulgaryzmy. Jakieś pijackie zaślepienie pchało tego mężczyznę w te nielogiczne absurdy i nagle staliśmy się jego wrogami, których celem jest z pewnością – żeby ująć to bardziej parlamentarnie niż on to uczynił – zrobienie go w bambuko. Mimo usilnych prób uspokojenia sytuacji, jako że poziom agresji rósł z chwili na chwilę gwałtownie, a wulgaryzmy przechodziły już w kierowane bezpośrednio pod naszym adresem bluzgi, niechętnie zdecydowaliśmy się jednak odejść, by nie doszło do większej eskalacji emocji.

Wracając kilka minut później, nadłożyłem drogi, żeby sprawdzić czy przypadkiem starszy pan znów nie leży na ulicy, bo nie dawało mi to spokoju. Niestety leżał, ale na miejscu była też i policja. Widać ktoś przezornie wezwał służby. W sumie my powinniśmy byli to zrobić, ale jakoś nikomu nie przeszło to najwyraźniej przez myśl.

Dlaczego właściwie o tym piszę? Bynajmniej nie po to, by chwalić się własna postawą. Koniec końców nie udało nam się nawet żadnej efektywnej pomocy temu potrzebującemu mężczyźnie udzielić. Zacząłem po prostu myśleć o tej sytuacji w kategoriach wiary i wyzwań z nią związanych. Pan Bóg jest w każdym napotkanym człowieku i przez każde spotkanie daje nam się poznawać. Co zatem chciał mi powiedzieć poprzez to zdarzenie z dziś? Że warto próbować Go spotkać bez względu na pozorny bezsens w konkretnej sytuacji? Że należy słuchać i realizować sens Jego słów o pomocy bliźnim? Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili [Mt 25,40]. I zdaje się, że na oba te pytania odpowiedź brzmi twierdząco.

Każdy człowiek jest dla nas lekcją. Uczy nas czegoś o świecie. Uczy nas czegoś o sobie. Uczy nas przede wszystkim czegoś o Bogu. Każda rana zaś ma swoje źródło i choć my nie uleczymy większości z nich, na pewno może to skutecznie uczynić Pan Bóg. Pomodlę się dziś za tego mężczyznę przed snem. Może Pan skłoni swój wzrok na człowieka i zabliźni w nim te miejsca, które krwawią. Ta wdzięczność wypisana łzą na twarzy umęczonej alkoholem i życiem, mimo późniejszego biegu spraw, była prawdziwa i szczera. Człowiek potrzebuje miłości innych ludzi. Po prostu. Po ludzku. A że Pan Bóg obiecuje nam dodatkowo niebo za to, że będziemy się miłością dzielić, to w sumie miły bonus do tego, co może nas w ramach wdzięczności spotkać jeszcze za życia.

Truizmem byłoby powiedzieć, że dzisiejszy świat pędząc wciąż naprzód, pozostawia w tyle słabszych, wyklucza ludzi ze społeczności, marginalizuje ich, ale te stwierdzenia aż cisną się na usta. Nieważna jest zresztą sama ta obserwacja, choć jest oczywiście dobrym punktem wyjścia, ale ważne jest to, co my możemy w związku z tym faktem zrobić? Co mogę zrobić ja? Od jakiegoś czasu zadaję sobie to pytanie – jak pomagać innym nie od przypadku, a bardziej regularnie?

Widzę jak Bóg daje mi znaki i pokazuje, że w pomocy innym jest sens. Tam kwitnie dobro! Widzę jak coraz częściej stawia przede mną ludzi w potrzebie, a których wcześniej jakby nie było na horyzoncie, ale jak stawia też tych, którzy swą postawą pokazują drogi wcielania pomocy w życie. Jak choćby Ewa, o której wspominałem parę tygodni temu, która włącza się w dzieło pracy z ludźmi bezdomnymi – zarówno posługując w jadłodajni, jak i współprowadząc warsztaty sprzedawanych później wyrobów rękodzielniczych. Zmieniając najpierw serce, Pan Bóg przygotowuje nas na zadania, które nam powierza. I nagle w trakcie ich realizacji okazuje się, że miłość zawsze budzi – choćby tylko na chwilę – miłość.

Już w Starym Testamencie, w Księdze Mądrości Syracha [Syr 4,1-10], znajduje się przesłanie Boga, dotyczące niesienia pomocy bliźnim. Synu, nie odmawiaj biedakowi rzeczy niezbędnych do życia i oczu potrzebującego nie męcz zwlekaniem! Nie dręcz duszy głodnego i nie pobudzaj do gniewu człowieka w jego niedostatku! Serca rozgniewanego w większy zamęt nie wprowadzaj i nie zwlekaj z datkiem dla potrzebującego! Nie odpychaj żebrzącego w strapieniu, a od ubogiego nie odwracaj swej twarzy! Nie odwracaj oka od proszącego i nie dawaj człowiekowi sposobności, aby cię przeklinał. Gdy bowiem przeklnie cię w gorzkości duszy, Ten, co go stworzył, wysłucha jego życzenia. Czyń siebie godnym kochania w zgromadzeniu, a przed władcą skłaniaj głowę! Nakłoń ucha swego biednemu i łagodnie odpowiedz mu spokojnymi słowami! Wyrwij krzywdzonego z ręki krzywdzącego, a gdy sądzić będziesz, nie bądź małodusznym! Bądź ojcem dla sierot, jakby mężem dla ich matki, a staniesz się jakby synem Najwyższego, i miłować cię On będzie bardziej niż twoja matka.

Bycie dzieckiem Bożym to nie tylko przywilej, ale także – jeśli nie przede wszystkim – misja. Proszę więc, aby Bóg dał mi wrażliwość na potrzeby innych i aby uczył mnie jak rezygnować z koncentracji na własnych potrzebach. I nie, ja nie pragnę zapomnieć o sobie – w relacji z Panem Bogiem ja również jestem ważny. Chodzi tylko o to, bym zawsze potrafił się umniejszać dla innych. Bez względu na to, kim są. Bez względu na to, jacy są. Ci inni to przecież odbicie Boga Najwyższego.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s