«Tyś jest mój Syn umiłowany»

Dziś domknięcie świątecznego okresu Narodzenia Pańskiego, czyli chrzest Jezusa w Jordanie. Wczoraj Syn Boży objawił się przybyłym do żłóbka, a dziś wspominamy epifanię trynitarną – cała Trójca Święta objawia się światu jednocześnie. W chwili gdy [Jezus] wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: «Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie» [Mk 1,10-11]. Zatrzymuje mnie to ostatnie zdanie, wypowiadane przez Boga Ojca do Syna, bo zawiera się w nim co najmniej kilka jakże krzepiących prawd dla nas, ludzi.

Prawda pierwsza: Bóg nas kocha. Ojciec kocha swego Syna, a przecież my również jesteśmy Jego dziećmi. Niby to wszystko wiemy, bo Kościół odmienia zdanie „Bóg jest miłością” na tysiące sposobów. I to nie jest zarzut! Owo zdanie należy powtarzać zawsze i wszędzie, gdyż jest fundamentalne, a wcale nie zawęża obrazu Boga i nie odbiera Mu innych Jego przymiotów, w tym także tych, które postrzegamy być może jako te mniej lubiane. Często chcemy myśleć o miłości jako o tsunami pozytywnych emocji, ale miłość to przecież znacznie, znacznie więcej. To zaufanie, które bierze się z licznych prób sytuacyjnych, wspólnych doświadczeń, całej historii relacji. To zawierzenie drugiej osobie – w swej naturze samoograniczające i ryzykowne (chciałoby się wręcz rzec: szaleńczo), gdyż decydując się na zawierzenie odkrywamy się na ciosy i możliwość zranienia. To również obecność – bycie dla kogoś portem, przystanią, SOR-em albo oddziałem szpitalnym, kredytodawcą, płatnikiem, a czasem też zimnym koszarowym prysznicem – w zależności od potrzeb. Bycie dopełnieniem i funkcją kontrolną równocześnie. Miłość to w końcu też stawianie mądrych granic, ale i konsekwentne egzekwowanie złożonych obietnic. To wszystko razem składa się na pełen obraz miłości, którą postrzegamy jako dobrą – najlepszą rzecz nam daną.

Prawda druga: Bóg się o nas troszczy. Ojciec troszczy się o swego Syna i pokazuje to, objawiając się, gdy Ten poprzez chrzest w Jordanie potwierdza swoją solidarność z nami – grzesznikami, których przyszedł zbawić, ale do których przyszedł też po ludzku – by z nami być, by nas weprzeć, by stanowić oparcie i stać się najlepszym przyjacielem każdego. W chrzcie Jezusa dostrzegamy braterski aspekt Jego natury. Choć sam jest Święty, niepokalany grzechem, staje się naszym Bratem, dając nam przykład jak żyć. Ojciec zesłał Syna na ziemię, by Ten nas uratował i poprzez swoją ofiarę na krzyżu odzyskał dla nas życie wieczne. Jezus powinien być zgorzkniały i przepełniony nienawiścią. Oto bowiem przychodzi do upadłych ludzi – żyć z nimi, być z nimi, a na koniec za nich cierpieć katusze i poświęcić swe życie. A Jezus jest nam w tej sytuacji kochającym Bratem! Chrzest w Jordanie poprzedza i zapowiada chrzest sakramentalny, który Jezus ustanowi poprzez swą śmierć na krzyżu. Już po zmartwychwstaniu Chrystus posyła uczniów, mówiąc: «Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego» [Mt 28,19]. «Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony» [Mk 16,16]. Jezus pozostawia nam sakrament chrztu, byśmy mieli szansę dostąpić zbawienia. Jest to wyraz najwyższej troski Boga o ludzi.

Prawda trzecia: Bóg nas docenia. Ojciec docenia posłuszeństwo i oddanie Syna, który wiedząc, jakiego zadania się podejmuje, mimo wszystko mówi: Tak! Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie [Łk 22,42]. Jezus podąża drogą przygotowaną Mu przez Ojca i nie zbacza z niej. Jest posłuszny. Trzyma się obranego azymutu. I Ojciec to docenia. W tej scenie chrztu widzimy jak okazuje swą radość i niejako wyraża satysfakcję z dojrzałej decyzji swego dziecka. Tak samo nasze drogi i wybory leżą Mu na sercu. I nas też potrafi doceniać, jeśli idziemy za Nim. Nie mówię nawet o nagrodzie, jaką ma być niebo, jeśli okazywać Mu będziemy swą wierność. Mam na myśli wszystkie te sytuacje, w których daje nam dostrzec swoją aprobatę, zadowolenie i dumę. Wczoraj kolędowałem ze znajomymi, ale i z nowo poznanymi osobami. Byli piękni, rozśpiewani ludzie, muzycy grali na skrzypcach, akordeonie i gitarze, a pośród nas był obecny Bóg. Ojciec stawia nas w takich sytuacjach i napełnia nas poprzez nie swą Miłością. Docenia, iż jesteśmy mu oddani. Zaskakuje cudownymi spotkaniami. Niespodziewanie uskrzydla dobrym słowem. Poszerza horyzonty naszego patrzenia i myślenia, tak iż nasze doświadczenie staje się pełniejsze.

Dzisiejsza Ewangelia ma jeszcze dodatkowy sens – jest piękną lekcją ojcostwa, aktualną też i dla mnie w kontekście niedawnych rozważań odnośnie tego jak być dobrym ojcem chrzestnym. Dziś słyszymy kilka podpowiedzi. Przede wszystkim, w centralnym punkcie ojcostwa jest miłość, która nie jest miłością skrywaną. Ojciec nie wstydzi się mówić wszem i wobec o swej miłości do Syna. Niektórym wydaje się, że miłość ojca do syna powinna być szorstka, chłodna, powściągliwa, a to zupełnie nieprawda! Ojciec musi umieć docenić, także publicznie, swe dziecko. Musi się cieszyć nie tylko z niego, ale i wraz z nim. Musi okazywać swą troskę i być oparciem. To wszystko jest w dzisiejszym Słowie. Doskonałe jak Bóg potrafi w krótkim tekście zawrzeć tyle przekazu. Ucz więc nas, Panie, jak być na Twoje podobieństwo – i w tej esencjonalności, i w miłości, którą nas darzysz i do której nas wzywasz. Ucz nas jak skutecznie odnajdywać Twoje drogi i podążać po wytyczonych przez Ciebie ścieżkach!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s