On wziął na siebie nasze słabości

Weekend zbliża się ku końcowi. Dla mnie upłynął pod znakiem walki. Sesja w pełni, więc wypadły mi akurat dwa zaliczenia i dwa egzaminy. Przy czym na jeden z nich nie dotarłem niestety, gdyż… zaspałem. Przytrafiło mi się coś takiego po raz pierwszy w życiu. Przeziębienie, które wydawało się ustępować, weszło w fazę kontrataku i skutecznie dało się we znaki. Między innymi dlatego nie usłyszałem żadnego z trzech nastawionych po sobie budzików. W sobotę rano wstałem przygnieciony katarem i kaszlem. Smogowa mgła spowiła miasto, a wstrętne choróbsko dorwało mnie i trzyma. Dramat jak się patrzy!

Byłem dziś na Mszy św. na Freta, wyjątkowo wcześniej – o 19.30, ale później nie dałbym po prostu rady. Marzyłem wprost o ciepłym domowym zaciszu. O ile ojciec sprawujący dziś Eucharystię skoncentrował się w swym kazaniu na czytaniu o Hiobie i strategiach przeżycia tej naszej ziemskiej wędrówki, o tyle mój umysł, zamknięty w rozłożonym przeziębieniem ciele, uczepił się śpiewu przed Ewangelią, który brzmiał jakby był tam dziś właśnie dla mnie. On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby [Mt 8,17]. I nagle akcent się tak jakby się przesunął! Gdzie ja i moja choroba, a gdzie On i Jego cierpienie? Proporcja wydała się zaburzona.

Nie przepadam za zbytnimi uproszczeniami i wyświechtanymi powiedzonkami, ale to jedno akurat jakoś od zawsze mnie śmieszy: mężczyzna nie choruje – mężczyzna walczy o życie. Tak oto czuję się właśnie od kilku dni. Ciężar, walka, katorga – wojenno-łagrowa stylistyka aż ciśnie się na usta. A tutaj święty Mateusz Ewangelista za prorokiem Izajaszem powtarza prawdę o Panu Jezusie: to przecież On cierpiał i to On przyjął na siebie cały ciężar naszych grzechów i słabości – nasze duchowe choroby, które są o niebo (a raczej piekło!) cięższe od tych naszych fizycznych niedogodności i utrudnień wszelakich. On poświęcił się za mnie, więc czymże jest ten mój chwilowy nieprzyjemny stan wobec ciężaru grzechu ludzkości na przestrzeni wszystkich wieków, który przyjął, aby nas zbawić?!

Moja Mama, nim przeszła na emeryturę, była z zawodu dentystką. Z racji bliskości seminarium duchownego często leczyli się u niej klerycy. Jest taka historia sprzed lat – z czasów, gdy byłem jeszcze uczniem liceum, która zapadła mi mocno w pamięć. Otóż pewnego dnia przyszedł do Mamy na leczenie zęba przyszły ksiądz. Wił się i wiercił na fotelu niemożebnie, aż w pewnym momencie wstał i zaczął uciekać, narzekając przy tym, że go boli i że dłużej już tak nie da rady. Na marginesie muszę dodać, że Mama nie była jakąś specjalną dentystką-sadystką. Przeciwnie, była najbardziej popularną lekarką w przychodni, w której przyjmowała – cenioną za fachowość, pogodne nastawienie i zrozumienie potrzeb pacjenta. Zaskoczona sytuacją i faktem, że kleryk ucieka właśnie z fotela, zadała mu na odchodne – nieco prowokacyjnie – pytanie o to jak chce się zajmować cierpiącymi i umierającymi, kiedy sam nie umie znieść borowania zęba i ucieka w połowie zabiegu? Kleryk jednak nie zamierzał odpowiedzieć i najzwyczajniej dał dyla. Minęło kilka dni, a u drzwi gabinetu pojawił się nie kto inny jak niedawny uciekinier we własnej osobie. Z czekoladkami i słowem ‚przepraszam’ na ustach. Słowa Mamy nie dawały mu spokoju. Powiedział, że zajęło mu to chwilę, ale zrozumiał – wrócił, bo nie chciał się już dłużej nad sobą użalać. „Jezus nie użalał się przecież, kiedy przyszło Mu wziąć na ramiona swój krzyż.”.

Często i łatwo myślę, że oto limit mojej wytrzymałości jest już wyczerpany. Że nie mam już siły. Że problemy wprost miażdżą. Że rzeczywistość jest przeciwko mnie. Okazuje się jednak, że można zwrócić się do Pana i poprosić o pomoc. I ten fakt zawsze zaskakuje! Bo przecież ja sam – Zosia Samosia. Bo przecież ja umiem i dam sobie radę – muszę i basta. A to nieprawda! Tak właściwie, to nie muszę nic. Nawet Boga wielbić nie muszę, ani dostrzegać Go w swoim życiu – tak to przewrotnie postawię. To jest właśnie wolna wola. Tylko skoro wiem jak wielki jest Pan i skoro doświadczyłem już jakich cudów potrafi dokonywać, po cóż miałbym odrzucać to Dobro i odmrażać sobie na złość babci palce? Zwracam się więc i proszę – pomóż mi Panie, bo sam mogę dużo, ale z Tobą zawsze mogę znacznie więcej. Z Tobą mogę wszystko, bo Ty możesz wszystko! Działaj zatem, proszę. Wydźwignij mnie z dołka, w który wciska mnie teraz fizyczna niedyspozycja, ale i ulecz z grzechów, które trzymają mnie czasem z dala od Ciebie. Daj moc, bym nowy tydzień zaczął, będąc blisko Ciebie. I pozostań ze mną! Niech żyję Tobą. Niech czuję Twą bliskość. Twoja Miłość jest tym, czego pragnę i czego łaknę, więc nie poskąp mi Jej – o to Cię dziś przed snem z całego serca proszę.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s