Słowo Boże w czyn wcielone

Wielkopostne homilie nasączone są nakłanianiem do jałmużny, do dostrzegania ludzkich potrzeb oraz braków i odpowiadania na nie, a także do dzielenia się z biedniejszymi – tak ekonomicznie, jak i emocjonalnie czy duchowo. Źródłem tej postawy dla chrześcijan jest wiara w Boga, bo akty miłosierdzia są czynione na podobieństwo miłosiernych aktów Bożych względem nas. Zacząłem się zastanawiać na ile ja dzielę się w Wielkim Poście wszystkim tym, co mam? Szczególnie zaczęło mnie nurtować na ile dzielę się z innymi – poza tym blogiem – moją wiarą w Boga Trójjedynego i Jego wspaniałe dzieła?

Był w moim życiu okres – niekrótki, dodatkowo niespecjalnie chwalebny, a mimo to jednak bez wątpienia bardzo pouczający, kiedy sam błądziłem w ciemności niewiary, i wiem, że niekiedy jest naprawdę bardzo trudno dotrzeć do osób, które odrzucają Boga. Wiem też, że najskuteczniej dociera się inaczej niż poprzez słowa, bo na nie ludzie są zamknięci. Zresztą, jak pokazuje nam Ewangelia, dzieje się tak od zarania dziejów. Bogacz, który po swym grzesznym życiu trafił do Otchłani – w przeciwieństwie do żebraka Łazarza, który trafił na łono Abrahama, pogrążony w mękach, zapragnąwszy ostrzec swych żyjących wciąż braci przed tragicznym końcem, zwrócił się do Abrahama i rzekł: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go [Łazarza] do domu mojego ojca! Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!”. „Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”» [Łk 16,27-31].

Pamiętam, że byłem oporny na słowa, gdy byłem z dala od Boga i Kościoła. Słowa działały wręcz jak płachta na byka – drażniły, podnosiły emocje, odpychały jeszcze dalej. Zamiast mocy kojącej, miały moc niszczycielską. Słowa bywają lekarstwem dla duszy, ale bywają też ostrzejsze od miecza i potrafią ranić mocniej niż sztylet. Jedyne, co do mnie wówczas przemawiało, to płynące ze szczerego serca czyny ludzi, którzy w swym życiu powoływali się na Boże przykazania, a przecinając się z czyimiś bezdrożami, potrafili nawiązać kontakt poprzez akty miłosierdzia – niczym starotestamentowy Samarytanin, w rzeczywistości zaś na wzór Boga samego.

W działaniu kryje się klucz do rzeczywistego naśladowania Jezusa. Aby dać z siebie i zaświadczyć o Bogu, nie trzeba kłapać paszczą – wystarczy po cichu, dyskretnie, nie wyglądając uznania czy nagrody okazywać każdym swym czynem, że Chrystus jest mym Królem, a Jego wartości są moimi wartościami. Nie tymi deklarowanymi, lecz tymi prawdziwie wyznawanymi. Nie ma lepszej drogi, aby pokazać ludziom, czym rzeczywiście jest Prawda i Pokój. Kiedy więc, np. w metrze, objawi się umęczony, być może śmierdzący, po ludzku odpychający żebrak lub bezdomny, może zamiast zakrywać nozdrza i uciekać na drugi koniec wagonu warto zainteresować się czy czegoś mu nie potrzeba – podzielić się czymś do jedzenia, a przynajmniej ludzkim uśmiechem – oznaką miłości, współodczuwania, bycia nastawionym na drugiego człowieka.

Uczę się tego podejścia i wiem, że reakcje bywają różne. Nie tylko otoczenia, ale też osób, którym pragniemy okazać miłość. Mamy swoje wyobrażenia dotyczące pomagania – często naiwne, które bardziej przypominają bajki niż rzeczywistość. Ta bowiem jest twarda i nie zawsze przyjemna. Cierpienie wymuszone zewnętrznymi okolicznościami rzadko kiedy uszlachetnia, więc nie ma się co dziwić, że poranieni ludzie potrafią być czasem chamscy lub niewdzięczni, albo po prostu zobojętniali. Żeby dojść do prawdziwej natury człowieka, trzeba odkopać liczne poniszczone warstwy, dokonać specyficznego duchowego peelingu, a na końcu może się okazać, że pod tymi zeskorupiałymi pokrywami kryje się prawdziwy diament. A nawet jeśli nie, to przecież nie o cel chodzi, a o samą doń drogę – z niej czerpie każda ze stron, a przynajmniej ma szansę z niej czerpać.

Pan Bóg wzywa nas dziś, byśmy dostrzegali proroków w naszym życiu – proroków wielkich, tych z kart Biblii, ale też proroków dnia codziennego, świadków tajemnicy Bożej Miłości. Kiedy mówią, a przede wszystkim kiedy czynią, byśmy skończyli lepiej niż bogacz przywołany w Ewangelii. Jak mówi zaś dzisiejsza aklamacja: błogosławieni, którzy w sercu dobrym i szlachetnym zatrzymują słowo Boże i wydają owoc dzięki swojej wytrwałości [por. Łk 8,15]. Słowo Boże daje nam wskazówki jak żyć, by zyskać szczęście. Widzę jak lektura Pisma Świętego potrafi zmieniać, uczulać, uwrażliwiać. A przecież nie zawsze przychodzi łatwo, bo zmęczenie bierze górę albo chęć zrobienia czegoś innego. Regularność jednak jest kluczem do sukcesu. Systematyczność, która przeradza się w zwyczajność.

Patrzę po sobie i ludziach, których znam, i widzę jak bardzo nie mamy w sobie czasem zgody na zwyczajność. Mamy potrzebę niezwyczajnych zdarzeń, coraz to nowszych doznań, wynalazków, odkryć, specjałów, życiowych fajerwerków. Coraz bardziej dostrzegam jednak, że zwyczajność, przede wszystkim ta zanurzona w Bogu, potrafi nam dać dużo więcej niż choćby podróż na koniec świata. Bóg jest zwyczajny – tak przynajmniej ja Go postrzegam. Jest zwyczajny tak, jak zwyczajna jest miłość – we wszystkich swych odsłonach i odcieniach. I właśnie to jest nadzwyczajne! Ta zwyczajność najlepiej brukuje szlak do Nieba – drogę, która ustrzeże nas od Otchłani.

1 Comment

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s