Gdy syn marnotrawny powraca do domu

Dzisiejsza liturgia przywołuje perykopę ewangeliczną o synu marnotrawnym, która jest dla mnie wyjątkowo ważna i znacząca. Na początku dodam, że kiedyś tak nie było. Czułem się tym drugim synem, który nigdy nie porzucił ojca, i niezmiernie dziwił się: dlaczego powrót marnotrawnego brata, który roztrwonił majątek ojca, jest hucznie fetowany? Bym pojął sens tej przypowieści, musiałem sam stać się synem, który zbłądził. Po moim powrocie zostałem zaskoczony faktem, iż Ojciec przyjął mnie tak, że nawet przez chwilę nie odczułem, abym był gorszym dzieckiem Bożym. To nie wyklucza oczywiście wstydu, który sam odczuwałem, ale Bóg ze swej strony nie dał mi zaznać chłodu czy dystansu. Kiedy party tęsknotą – nie w pełni zresztą uświadomioną – ruszyłem, by zobaczyć co dzieje się w Domu Ojca, On zachował się wobec mnie dokładnie tak, jak ojciec z dzisiejszej Ewangelii zachował się wobec swego powracającego syna: A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go [Łk 15,20]. Zerwał się w moim kierunku, uścisnął mocno i złożył miłosierny pocałunek na mej duszy, tak iż nie mogłem pozostać już dłużej obojętny. Ten ojcowski uścisk – pełen miłości, czułości i radości, w połączeniu z tym podkreślającym szacunek pocałunkiem, jakim syna może obdarzyć jedynie ojciec, sprawiły, że dziś jestem w takim momencie mojego życia, kiedy znów cieszę się z bliskości mojego Pana i Zbawcy.

Tak jak wspomniałem, moja tęsknota nie była nawet w pełni uświadomiona, a i tak byłem ciekaw co się dzieje w Domu mojego Ojca. Pan działał w ten sposób, iż ściągnął mnie znów do mej duchowej ojczyzny, ukazując mi siebie. Kiedyś o tym napiszę, gdyż wymaga to złożenia świadectwa. Kiedy poprzez tamto pierwsze po długiej przerwie Spotkanie Bóg uruchomił we mnie uświadomiony proces tęsknoty za obcowaniem z Nim, nie miałem w sobie nawet tego nastawienia marnotrawnego syna, który liczył na litość i wyrozumiałość swego rodzica: Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem ciebie» [Łk 15,18]. Wychodząc z mroku nie wiedziałem nawet czy mogę liczyć na miłosierdzie Ojca. Nie wiedziałem, bo tak długo wątpiłem w Jego miłość, że zapomniałem, jaki On jest dobry. Jak mówi dzisiejsze czytanie: Nie żywi On gniewu na zawsze, bo upodobał sobie miłosierdzie. Ulituje się znowu nad nami, zetrze nasze nieprawości i wrzuci w głębokości morskie wszystkie nasze grzechy [Mi 7,18-19]. Gdy wróciłem, Pan Bóg dał mi to wszystko odczuć na własnej skórze i – co pragnę tutaj mocno podkreślić – nie epatował zawodem, jaki Mu sprawiłem. Przeciwnie – okazywał swą radość i wypełnił nią również moje serce.

Jest jeszcze jeden aspekt przywołanej przypowieści. Ojciec marnotrawnego syna rzekł do sług: „Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się” [Łk 15,22-24]. Ta druga część, dotycząca ucztowania i zabawy, jest naturalną konsekwencją radości, o której wspominałem – przypieczętowaniem szczęścia, które przytrafia się rodzinie wraz z powrotem do domu zagubionego dziecka. Część pierwsza jest jednak nie mniej istotna, a być może jest nawet istotniejsza. Przed celebracją ojciec uznaje godność syna, zaś wobec nas Ojciec uznaje godność dziecka Bożego. Będąc Jego dziećmi jesteśmy także dziedzicami – prawowiernie przejmującymi tytuł do Królestwa Niebieskiego. Ojciec syna marnotrawnego każe przynieść synowi nie byle jakie odzienie, lecz najlepszą szatę, a do tego każe sługom odziać w nią swego syna. Poleca także, by przynieść i dać mu pierścień – symbol dziedzictwa i przynależności do rodziny oraz sandały, które symbolizują wolność – wyjście z niewoli, uciemiężenia, mroku. Pan Bóg wita nas właśnie tak, ilekroć się nawracamy – czy to w sposób spektakularny, po wielu latach, czy to w „trybie regularnym” – każdorazowo, gdy decydujemy się przystąpić do sakramentu spowiedzi. Wita nas czule i z miłością, chwytając mocno w swe ramiona, całując nas po ojcowsku, uznając naszą godność, wolność i przynależność, a także radując się i celebrując naszą obecność. W obliczu takiego powitania nie da się, a przynajmniej tak mi się wydaje, odepchnąć Miłości. Ta Miłość jest najwspanialszym, co może nam się w życiu przytrafić.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s