W tydzień razem z Panem

Kiedy wczorajszy dzień zmierzał do końca, a oczy mi się lepiły niemiłosiernie, dopuściłem ostatecznie do siebie myśl, że jednak jestem zmęczony. Jeszcze w popołudniowej rozmowie z Mają chojraczyłem, że gdzie tam zmęczenie i że – jak to się mówi u mnie w domu – wyśpię się/odpocznę po śmierci, ale wieczór kazał mi zweryfikować wcześniejsze twierdzenie. Dopadło mnie osłabienie – byłem zmuszony to przyznać. Trochę psychiczne, bo nie mam ostatnio nawet chwili, żeby porządnie odpocząć od stresu, ale także fizyczne, bo cały czas biegnę gdzieś, a i co wyzdrowieję, to jakieś lekkie przeziębienie mnie znów łapie z braku snu i z winy obniżonej odporności. Generalnie okres taki, że praca na pełnych obrotach. Do tego studia weekendami oraz po nocach, żeby zdać egzaminy z jakimś akceptowalnym wynikiem. Kulturalna oferta miasta też wzywa co i rusz – koncerty, spektakle, oprowadzania kuratorskie. I jeszcze rodzina – wymieniona jako ostatnia, choć powinna być pierwsza… Mam od początku roku przeświadczenie, że nasze spotkania trochę jakby za bardzo po łebkach, trochę za bardzo w przelocie. Nie ma czasu, by usiąść dłużej wspólnie – pogadać, odetchnąć, pośmiać się i dać Miłości płynąć pomiędzy nami.

Smutek mnie ogarnął, bo zorientowałem się, że przez to moje zabieganie i zmęczenie cierpią również moje relacje z Panem Bogiem. Ktoś mógłby zapytać: «Jak to?! Modlisz się przecież codziennie – rano i wieczorem.» Fakt, ale nie tak, jakbym chciał. Nie na sto procent. Za bardzo rutynowo. Bez tego najważniejszego elementu medytacyjnego, kiedy staje się przed Panem w ciszy i czeka na to, co On ma mi do powiedzenia. Czasem się zdarza, ale czuję, że za rzadko. «Modlisz się przecież również w kościele, podczas liturgii.» To też prawda. Od początku Wielkiego Postu uczestniczę w Eucharystii codziennie. Przyznam, że to daje mi dużo siły. Myślę wręcz, że każdy taki moment, kiedy czuję siłę, jest pochodną tych właśnie Spotkań z żywym Panem. «Nie marudź zatem! Umartwiasz się wielkopostnie. Niech to zmęczenie będzie też wpisane w to umartwianie.» Właśnie chyba nie może być, bo nie składam go Bogu w ofierze, decyzję o tej formie ofiary oraz umartwienia podjąwszy wcześniej – świadomie i intencjonalnie. Moje zmęczenie jest bardzo trywialne, ludzkie i na swój sposób błahe.

Przyszedł ranek, a ja przed chwilą nareszcie zwolniłem. Znów usiadłem przed ikoną Matki Bożej Miłosierdzia i za Jej wstawiennictwem, siedząc na mojej medytacyjnej poduszce, modliłem się w subtelnej ciszy. Wdech… Wydech… „Przyjdź, Panie Jezu!” Znów oddychałem wspólnie i miarowo z moim umiłowanym Bogiem. Znów zasłuchałem się w szmer, lekki powiew, obecność Ducha Świętego, który nas nasyca – tak jak mi tego brakowało. Najprostsza rzecz, chyba wręcz najłatwiej dostępna, która nie wiedzieć czemu wydawała się niemożliwa, jakby odległa, urzeczywistniona sprawiła, że powrócił spokój, a mój umysł został ukojony. Radość wróciła. Promyk słońca za oknem wydał się latem w pełni. Zmęczenie odeszło, jakby go nigdy nie było. Wystarczyło przystanąć i skierować swój słuch i swój wzrok w kierunku Miłości. Otworzyć serce, by Ją przyjąć. Otworzyć ducha, by się Nią nakarmił. Poniedziałek rano nie musi być męczący, kiedy zaczyna się od Spotkania z Panem. Wiedzieliście o tym?

Béni soit le Seigneur, le Dieu d’Israël, qui visite et rachète son peuple.
(Błogosławiony Pan, Bóg Izraela, bo lud swój nawiedził i wyzwolił.)

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s