Spotkania, przez które poznaję siebie

Czytam ostatnio dużo w reakcji na natłok myśli, kłębiących się w głowie, i pytań, na które nie znajduję wciąż odpowiedzi. Konfrontuję się z doktryną, bazując na swym doświadczeniu – nie wywyższając go, ale również specjalnie go nie umniejszając. Staram się też, w uzupełnieniu lektury, ale i oglądu własnych doświadczeń, przejrzeć się w oczach innych – tych, którzy mnie znają. Mam przekonanie, że każdy z tych elementów, tj. teoria, praktyka i zewnętrzny audyt są wskazane, jeśli chcemy się przyjrzeć naszemu życiu i dokonać jego ewaluacji. To jest ta ludzka część. Ważniejsza jest jednak modlitwa i wyjście naprzeciw Boga żywego – Spotkanie z Nim, które przełamuje ludzkie myślenie. To tam możemy znaleźć prawdziwe zrozumienie, które zaczyna się nie w umyśle, a w sercu. Wczorajsza Ewangelia [J 5,31-33] cytuje słowa Jezusa: «Gdybym Ja wydawał świadectwo o sobie samym, sąd mój nie byłby prawdziwy. Jest przecież ktoś inny, kto wydaje sąd o Mnie; a wiem, że sąd, który o Mnie wydaje, jest prawdziwy.»

Ta wiosna obfituje w zaskakujące spotkania. Zdaje się – niejako paradoksalnie, że zimny wiatr ze wschodu przynosi ciepłe, zakurzone już mocno wspomnienia, przywiewane w opowieściach ludzi z czasów, które zatopiły się dawno temu w przeszłości. Wczoraj w drodze na strzyżenie spotkałem mojego kumpla z podstawówki, Krzyśka. Ucieszyło mnie to ogromnie, bo nie widziałem go wiele lat, a mimo różnic między nami – w niektórych tematach wręcz zasadniczych, lubiłem go zawsze szczerze – za wrodzoną lekkość i radość, która nie miała nic z banalności, za przywiązanie do wyznawanych wartości, a przede wszystkim za jego wielkie serce, którego istnienia, jak mi się zdawało, nie dopuszczał i nie dostrzegał. Urodziło mu się właśnie drugie dziecko. Dorosłość weszła w nasze życia szybciej niż zakładaliśmy. Banan na twarzach pozostał jednak ten sam, co kiedyś, i to napawa jakimś ogromnym optymizmem. Skoro lata nas nie złamały, to może i przyszłość nas oszczędzi?

Nie było to pierwsze spotkanie po latach w tym tygodniu. Następne miało miejsce kilka dni wcześniej i było zaplanowane. Umówiłem się z Gosią, moją koleżanką z czasów licealnych. Napisała jeszcze w listopadzie, ale zeszło nam chwilę, bo jak zwykle – dom, praca, studia – mnóstwo obowiązków. Wspominaliśmy trochę dawne losy, a ja miałem okazję zobaczyć też pisaną moim (jakże niezmiennym) pismem walentynkę z początku tego wieku, wygrzebaną przez nią z pudła ze skarbami z przeszłości. Piękne, choć też i nieco naiwne, są te wspomnienia pełne prostoty i szczerości, szczególnie że później życie wiedzie przeważnie nieco bardziej wyboistymi drogami. Oto siedzieliśmy po latach, dwójka ludzi z życiorysami utkanymi blaskiem i mrokiem, dwójka ludzi po przejściach, które wzmocniły nas i ukształtowały, niezmiennie jednak uśmiechając się – zarówno do siebie z przeszłości, ale i do siebie dzisiaj.

Było też kolejne spotkanie, w poniedziałek. Tomik, jeden z najbardziej kolorowych ptaków, jakie znam, wpadł na moment do Warszawy po latach spędzonych zagranicą, więc nie mógłbym sobie odmówić spotkania. Uduchowiony na swój sposób, motor życia widzący w głębi serca, a nie w mylących labiryntach umysłu, czyhającego na nasze błędy logiczne, niedociągnięcia intelektualne i sprzeczne komunikaty zasysane z otoczenia, rozumiejący też, że tym, co integruje człowieka jest wypełnione Miłością serce, zawsze był wspaniałym kompanem i rozmówcą. I to się nie zmieniło. Za swoistym strumieniem świadomości, jaki leje się przez niego, nie zawsze jest łatwo nadążyć, ale ów strumień, płynąc wartko, podmywa też brzegi – niedostępne dla wszystkich płynących w głównym nurcie – bogate w życiodajne składniki. Mówiąc prościej, jego duchowa intuicja, choć nieraz zawile wyrażana, zawiera wiele trafnych tropów, które mimo wszystko warto zgłębiać. Jemu też urodziło się dziecko, choć w tym wypadku to historia nieco bardziej skomplikowana.

I jeszcze sytuacja z wczoraj – znów zaskoczenie. Wracając z pracy, wpadłem na ulicy na Rafała, którego najtrafniej opisałbym jako „znajomego znajomych”. Mimo braku solidnej więzi między nami, zawsze ceniłem tego człowieka z błyskiem w oku, lekkością ducha i dobrocią wpisaną w każdy gest i słowo. Tonącego nieraz w braku sensu i zanurzonego w mroku nocy, ale próbującego ponad wszystko być szczęśliwym. Stanęliśmy na chwilę, żeby pogadać. Słowo do słowa i okazało się, że poznał jakąś wspaniałą dziewczynę i miłość – a za nią przecież zawsze stoi Miłość – wyciąga go właśnie z przeciągającej się życiowej stagnacji i wyprowadza z nałogów, które ciągnęły go w dół. To spotkanie znów napełniło mnie szczęściem i uświadomiło, że choć mrok próbuje walczyć z blaskiem, to Światło zawsze wygrywa. Jak mówi dzisiejszy psalm [Ps 34(33),19-21.23]: Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu. Wiele nieszczęść [spada na] sprawiedliwego; lecz ze wszystkich Pan go wybawia. Strzeże On wszystkich jego kości: ani jedna z nich nie ulegnie złamaniu. (…) Pan uwalnia dusze sług swoich, nie dozna kary, kto się doń ucieka.

Takie spotkania po dłuższym okresie to zawsze wielka niewiadoma, mimo iż próbując w tej chwili przypomnieć sobie jakieś nieudane, nie znajduję żadnego, które mógłbym nazwać fiaskiem. Myślę nie tylko o tych ostatnich, ale wielu innych, wcześniejszych. Są lustrem, w którym świadomie lub nawet tylko mimowolnie się przeglądam. Płyną lata, a w odbiciu widzę spójność i koherencję, mimo że patrząc z własnej perspektywy mógłbym opisać różne sprzeczności, a jeśli nie sprzeczności, to przynajmniej równoległe tory, po których toczyło się me życie. I to się nie musi wykluczać, bo różne historie, doświadczenia i znajomości składają się na nasz pełen obraz, a jeśli cechuje nas szczerość i chęć uczciwego przeżywania życia, to wszystkie te tory przecinają się kiedyś, a w końcu splatają także w spójną drogę. Każdy człowiek jest ze swej natury dobry, bo każdy został powołany do życia przez Pana. Każdy jest obrazem Miłości. Każdy z Niej został zrodzony i w Niej zalegnie, jeśli tylko świadectwem życia pokaże, że jest tego godzien. Oceni nas Pan Bóg. On też nas wieść będzie nim dzień sądny nadejdzie.

Jezus, nauczając w świątyni, mówi dziś z kart Ewangelii: «I Mnie znacie, i wiecie, skąd jestem. Ja jednak nie przyszedłem sam od siebie; lecz prawdziwy jest Ten, który Mnie posłał, którego wy nie znacie. Ja Go znam, bo od Niego jestem i On Mnie posłał» [J 7,28-29]. Nie mam odwagi, by powiedzieć za Chrystusem, że Bóg mnie posłał, bo jestem jedynie grzesznym człowiekiem, próbującym rozeznać swą drogę, ale wiem, że każde życie ma swa wagę, swój sens i wypełnione jest zadaniami, jakie stawia przed każdym Pan. Próbuję wsłuchać się w Boży głos, by zrozumieć, jaka jest moja misja, ale i odsiać to, co może mi się wydawać, od tego, co naprawdę jest moim zadaniem. Mam w sobie pewność odnośnie tego, że On mnie prowadzi i każdy ruch mój wypełnia swą mocą. Nie zachwieję się, gdy Ty, Panie, jesteś ze mną! Jeśli więc czasem pycha mnie przepełnia i zdaje mi się, że wiem lepiej, to proszę Cię – skrusz moje serce i wypełnij je pokorą. Ciebie pragnę. Tobie ufam. W Ciebie wierzę.

1 Comment

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s