Świadectwo – część 2 – Iskra

W okresie zeszłorocznej Wielkanocy, po wielu latach, w trakcie których kościoły omijałem szerokim łukiem, wiedziony niezrozumiałym impulsem i silną wewnętrzną potrzebą trafiłem na Freta do dominikanów, do których uczęszczałem chętnie na początku studiów, gdy jeszcze mieszkałem na warszawskiej Starówce. To była odpowiedź na mocno odczuwane oraz słyszane wezwanie, którego nie mogłem i nie potrafiłem zignorować, mimo że – uwierzcie mi – pragnąłem tego wówczas niezmiernie. Nim jednak napiszę o niechęci i oporze, ale i o tym, jakie były ich źródła, chciałbym najpierw pochylić się nad okolicznościami, w jakich przyszło mi usłyszeć owo wewnętrzne wołanie i to po tylu latach, kiedy pozostawałem na nie zupełnie głuchy.

Gdy dociekam w swej pamięci, jakie zdarzenie mógłbym nazwać tym, za pomocą którego Pan Bóg uruchomił proces mojego nawracania się, to myślę o tamtej nocy, kiedy spotkałem Go – Boga Zmartwychwstałego – na ulicy, tuż przed domem moich rodziców, wieczorem w Wielką Sobotę. Był niesiony w monstrancji, w otoczeniu setek ludzi idących wraz z Nim w procesji rezurekcyjnej, która po raz pierwszy w mej rodzinnej archikatedralnej parafii miała miejsce nie wcześnie rano w Niedzielę Wielkanocną, a późnym wieczorem dzień wcześniej – tuż po Wigilii Paschalnej.

Tego dnia umówiłem się na kolację z grupą bliskich mi osób, częściowo rozjechanych po świecie, ale przez większość wieczoru czułem nieprzemożną chęć, by pobiec na Stare Miasto, “tak na sam koniec liturgii”, szczególnie że i tak w okresie świątecznym pomieszkiwałem w domu rodzinnym, i zobaczyć jak będzie wyglądać rzeczone novum. Powodowała mną ciekawość, jako że nigdy wcześniej procesja nie szła ulicami i to w innym niż zwykle czasie – tak wówczas odczytywałem owo wewnętrzne pragnienie. Tuż po kolacji złapałem taksówkę, ale po drodze zorientowałem się, że jest już późno. Za późno – uznałem, kiedy to przybywszy na Plac Zamkowy spowity w ciszy i w mroku, rozświetlonym nieco tylko miejską iluminacją, ujrzałem całkiem sporą liczbę ludzi zmierzających w odwrotnym niż ja kierunku. Byłem pewien, że jest to znak, jakoby było po wszystkim. Zrobiło mi się przykro, tak jak w sytuacji, gdy przez moment nieuwagi przegapia się nagle coś, na co się bardzo długo czekało.

Zrezygnowany zmierzałem do domu, ale kiedy znalazłem się na wysokości archikatedry, usłyszałem dochodzące z oddali śpiewy i dzwonki, więc wróciłem się. Im bliżej byłem Placu Zamkowego, tym dochodzący dźwięk stawał się mocniejszy – śpiewy wyraźniejsze, a brzęki dzwonków głośniejsze. Do tego huczał zimny wiatr i nie przypominało to wcale a wcale sielskiej, idyllicznej sceny. Od strony Pałacu Ślubów, na horyzoncie, zaczęło się wyłaniać czoło procesji. Moim oczom ukazywało się coraz więcej osób. Stojąc na rogu, skryłem się za turystami z Włoch, tak by nie zostać potencjalnie rozpoznanym przez nikogo z idących w procesji ludzi, bowiem część z nich znałem jeszcze z czasów wczesnej młodości. “Przecież to nie jest moja bajka” – myślałem. “Przecież ja nie należę do tej grupy obcych mi swą postawą osób.”

I wtedy pojawił się On! Wiatr dął, zdmuchując płomienie rozpalonych świec, a On – w ogóle tym niewzruszony – przemierzał na moich oczach ulicą Świętojańską. Coś we mnie wtedy uległo zmianie, choć teraz już wiem, że to był dopiero zalążek tego, co miało nastąpić i wybrzmieć w nieodległej przyszłości. Wielkanocny czas zaznaczył się wybudzeniem i otwarciem mych oczu.

W historiach nawróceń często wyraźnie widać drogę prowadzącą do metanoi – jest impuls oraz szlak, wiodący człowieka na spotkanie, czasem ponowne, z Panem Bogiem. Patrząc na ten miniony czas, na tamten okres mojego życia, nie potrafię dostrzec w swym świadomie przeżywanym doświadczeniu nic, co mogłoby mnie bezpośrednio, jako bodziec, nakierować na Boga. Nie miałem w sobie nazwanej woli i potrzeby poszukiwania. Postrzegałem tamten czas mojego życia – spoglądając nań najprościej, po ludzku – jako wysoce satysfakcjonujący, a przy tym nie czułem wcale potrzeby dokonywania jakiejkolwiek rewizji. Przed ową procesją nic nie wskazywało, bym chciał otworzyć się na jakąkolwiek przemianę ówczesnego patrzenia. Przynajmniej ja sobie tego nie uświadamiałem. Chcąc jednak ująć opisywane tu zdarzenie metaforycznie, należałoby powiedzieć, że stojąca u wrót przemiana dobitnie domagała się miejsca w ramach “mego” świata.

Mijała Niedziela Wielkanocna, a ja od czasu do czasu wracałem myślą do tamtego Spotkania na ulicy. Nie jawiło mi się ono jeszcze wówczas spotkaniem przez wielkie “S” – ta świadomość miała jeszcze przyjść. Zobaczyłem zmartwychwstałego Chrystusa, ale nie byłem Go wciąż w stanie tak do końca rozpoznać. Jakbym usłyszał bijące dzwony, ale nie umiał określić miejsca, z którego ich dźwięk dochodzi. Nawet tego dnia wieczorem, podczas wieczornych rozmów z przyjaciółmi, lekko dystansowałem się od sensu wiary. Wewnętrznie jednak czułem zgrzyt pomiędzy wypowiadanymi słowy a tym, co przeżyłem. Coś zaczynało już ulegać zmianie. Pamięć tamtego Spotkania była we mnie żywa.

I wtedy przyszedł drugi dzień świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Obudziłem się i od samego rana wiedziałem, że chcę pójść wieczorem do kościoła. To był pewnik, a musicie mi uwierzyć, że w opisywanym tutaj okresie, zapytany o możliwość wystąpienia u mnie tego typu potrzeby, odpowiedziałbym bez jakichkolwiek wątpliwości i bez zastanowienia, że wynosi ona zero. W tajemnicy przed rodziną, pożegnawszy się, udałem się na Mszę Świętą. I to był po prostu kosmos! Szedłem do świątyni myśląc, że wybiegnę w trymiga, a wszedłszy odczułem silne pragnienie, by tam pozostać. I pozostałem! To był wyłom w murze, którym obudowałem się szczelnie przez lata. Można było to kolejne już pęknięcie zaplombować i zaszpachlować lub można było pozwolić, by ów mur pękał dalej i w końcu runął – tak na wybory, jakie Pan Bóg przede mną postawił, patrzę dzisiaj, ale to oczywiście ogląd możliwy z perspektywy czasu. Wówczas nie miałem ani żadnych strategii, ani planów, a tym bardziej odpowiedzi na rodzące się pytania, dlatego uchwyciłem się tzw. intuicji.

Pierwszy tydzień, kiedy moje myśli i serce zostały wyrwane z wieloletniego letargu, był doświadczeniem wyjątkowo intensywnym. Wszystko, o czym tu piszę, pojawiło się niczym huragan – przyszło jakby znikąd. Dziś powiedziałbym raczej, że Bóg zamanifestował swoją obecność precyzyjnie i z dokładnością – na miarę swej doskonałości i wszechmocy. To było doświadczenie psychofizyczne, angażujące zarówno ciało, jak i umysł. I miało moc tornada! Gdybym chciał obrazowo opisać tamten dynamiczny czas, rzekłbym, że przeżyłem istne trzęsienie ziemi – zatrzęsły się fundamenty mojego światopoglądu. Oto czułem obecność Boga, a przecież przez tyle lat nie chciałem Go dostrzegać i zaprzątać sobie Nim głowy. W pełni korzystając z ofiarowanej nam wolnej woli, wciąż z pozycji zwiedzionego na manowce, usilnie starałem się odrzucić tę obecność, zaprzeczyć jej istnieniu. Wykrzyczałem, że nie chce Go znów mieć w swoim życiu, że jest mi dobrze, że nie będę się znów mierzył z Jego prawem. Widzę za czyim podszeptem się to działo. Zły bronił usilnie zdobytych pozycji – podrzucał iluzje szczęścia, kusił obrazami łatwych przyjemności, mamił imitacjami prawdy, które nie miały z prawdą nic wspólnego. Tamten opór i walka brały się z błędnego przekonania, co do natury prawdziwego szczęścia. Bóg jednak walczył o mnie i nie odpuszczał! Mógł mnie spisać na straty, a okazał swą troskę i ani przez moment nie poskąpił mi swej łaski. Doświadczałem na sobie Bożego Miłosierdzia. Nie umiem tego lepiej nazwać, ale tak to – nieco chaotycznie zresztą – przeżywałem.

W wiadomości wysłanej wówczas do mojej znajomej opisałem ów okres pełen znaków w taki sposób: “Przez tydzień próbowałem walczyć z tym doświadczeniem na wiele sposobów. Mogę szczerze powiedzieć, że zrobiłem wszystko, aby odepchnąć tę rzeczywistość. Bezskutecznie. Jakby ktoś włączył silny elektromagnes i podkręcał moc, kiedy tylko przyciąganie miałoby się okazać za małe. I oto jestem. Odrzuciłem bunt. Odrzuciłem walkę. Wchodzę na nowo w sferę, którą porzuciłem przeszło dekadę temu i do której miałem – tak mi się wydawało – już nigdy nie wrócić.” Teraz wiem, że tamta walka była bezsensowna, a do tego podszyta zuchwałym przekonaniem o bezkresności własnej sprawczości, ale dojście do tej świadomości zajęło mi dobrą chwilę. Wtedy wydawało mi się jeszcze, w duchu optyki, jaką przyjmowałem przez tyle lat, że za wszystko to odpowiadam ja sam, ale dziś poznaję niezaprzeczalne działanie Ducha Świętego, który pociągnął mnie do Źródła, wspierał oraz prowadził. Nic sam nie uczyniłem, poza przyjęciem tego, co zaofiarował mi w swej szczodrości Pan Bóg.

Parę tygodni później w kościele przy Rynku w Sanoku z puli cytatów biblijnych, wyłożonych dla odwiedzających w kruchcie, wylosowałem taki oto fragment Pisma Świętego: “Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim!” [Iz 43,1]. Ten cytat jest niczym pieczęć odbita na mym sercu – znamię miłości i szczodrości; jak pieczęć odciśnięta na moim ramieniu – znak dziedzictwa i przynależności. Przylgnął do mnie. Stał się symbolicznym, ale przy tym najcenniejszym tatuażem.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s