Świadectwo – część 3 – Korzenie

Opowiedziałem o powrocie, rodzi się więc pytanie dlaczego odszedłem i do czego właściwie wracałem? Dorastając jako człowiek, choć nie zawsze dorastając prawdziwie w swoim człowieczeństwie, zacząłem mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami, z którymi wszyscy w naszych życiach się mierzymy – każdy w indywidualnie skrojonym zakresie i specyficznych dla danej osoby obszarach. Doświadczając różnorakich “światowych” pokus, które przychodzą z wiekiem, w tym także doświadczając tak intymnej sfery, jaką jest własna seksualność, w swym wymiarze fizycznym i psychicznym, podejmując też codzienne wybory odnośnie realizacji własnych pragnień, odnośnie życiowych wyborów, a mam tu na myśli setki podejmowanych dziennie decyzji, także tych najdrobniejszych, zacząłem w pewnym stopniu konfliktować się z nauką Kościoła. Konflikt ten był złożony i wykraczał dalece – co koniecznie chciałbym podkreślić – poza wspomnianą sferę seksualności. W rzeczywistości ów konflikt przecinał wiele warstw. Wiązał się mocno z dojrzewaniem i dochodzeniem do dorosłości. Buzowały we mnie liczne, mieszane pragnienia – te wywodzące się wprost ze sfery sacrum i te, które swymi korzeniami sięgają nieświętej sfery profanum. Ścierały się ze sobą dwie odmienne wizje człowieczeństwa kładące przeciwstawne naciski: jedna – na wieczność przeżywaną w każdej chwili i druga – na doczesność, która nie wiedzie w rzeczywistości donikąd.

W pewnym momencie, na przełomie liceum i studiów, pojąłem, że schodzę z właściwego kursu, więc ludzkimi siłami starałem się utrzymać wewnętrzną spójność, próbując też nie dopuścić, by pojawiło się pęknięcie, które w konsekwencji mogłoby zburzyć mój świat w jego podstawach. Pęknięcie we mnie jednak rosło, przede wszystkim dlatego, że w swej bucie za bardzo skupiłem się na próbie ogarnięcia całej sytuacji rozumem, zapominając przy okazji, że tak naprawdę liczy się głębsze zrozumienie, które rodzi się w sercu podczas modlitwy, a które wynika wprost z osobistej relacji z Bogiem – to zrozumienie, które pochodzi bezpośrednio od Niego. Za dużo było wtedy we mnie pychy, przez co łatwo dawałem się zwieść podszeptom złego. Tak oto, będąc w klasie maturalnej, przeżyłem swój młodzieńczy bunt i zatraciłem się na moment. Bunt ten, szczęśliwie, nie trwał nazbyt długo, więc gdy ponownie otworzyłem się na znalezienie drogowskazów, a byłem wówczas na pierwszym roku studiów, dostrzegłem na nowo w swym życiu Pana Boga. Wydawało mi się wtedy, że osiągam upragniony spokój oraz wewnętrzną spójność, lecz czas pokazał, że miałem do zrozumienia jeszcze kilka istotnych prawd, bez których nie byłbym w stanie stanąć przed Nim tak, jak staję dziś.

Ci, którzy znają mnie wystarczająco długo bądź dobrze wiedzą, że lata świetlne temu, gdy byłem o krok od wejścia w trzecią dekadę życia, wiedziony silnym i jasnym powołaniem, dostałem się do seminarium duchownego. Powołanie odczuwałem zresztą na długo przed decyzją o wejściu na tę ścieżkę, właściwie przez większą część swej wczesnej młodości, i niezmiennie myślę, że prawidłowo rozeznawałem Boże wołanie. Czułem je zawsze silnie i choć wydawało mi się, że jestem gotowy, aby na nie odpowiedzieć, to dziś wiem, że tak naprawdę nie byłem wtenczas należycie przyszykowany do realizacji tego scenariusza. Pan Bóg sprawił, że pojąłem to we właściwym momencie. Mimo bycia przyjętym do seminarium, nigdy się do niego nie udałem. Dosłownie na dzień przed otrzymaniem listu, informującego o zakończeniu procesu rekrutacji z sukcesem, oznajmiłem moim najbliższym, zresztą nie bez lęku o konsekwencje, że jednak nie jestem gotowy, by odpowiedzieć w tamtej chwili twierdząco na Boże wezwanie.

Jedno wiedziałem na pewno – nie staję przed Bogiem w całkowitej prawdzie i w szczerym rozeznaniu pełni samego siebie. Przeciwnie, stawałem przed Nim, zepchnąwszy do strefy cienia część prawdy o sobie. Ukryłem tam m.in. całą sferę intymną z jej meandrami i z całą jej złożonością, obcą wciąż dla umysłu, nierozpoznaną do końca właściwie, a przez to ciążącą i odsuwającą uwagę od Tego, który powinien niepodzielnie królować w moim sercu, w moim umyśle, w moim całym jestestwie. Zamiast ufnie powierzyć ten obszar Bogu, wraz z resztą krętych dróg, wiodących niekiedy daleko od centrum, a będących częścią życia każdego wchodzącego we wczesną dorosłość człowieka, i otworzyć się na pojęcie darów, jakimi Pan Bóg sam mnie w swej dobroci i mądrości obdarzył, starałem się tym wszystkim zarządzać w pojedynkę. Tak oto drobna cząstka mnie jako człowieka – ten obszar związany z pytaniami o sens istnienia we mnie pewnych niejednoznaczności, a może też niepewności, stanowiących jako całość w rzeczywistości niewielki komponent mej osobowości, nabrał niewspółmiernego znaczenia.

W całym procesie rekrutacji, co stanowczo chcę zaznaczyć, ani przez moment nie dopuściłem się kłamstwa, jednak fakt, iż niepytany nie wyraziłem całej prawdy explicite doskwierał mi i uwierał wewnętrznie. Dzień po dniu próbując pojąć jak powinienem dalej postąpić, próbując wsłuchać się w to, co Bóg ma mi do powiedzenia, dane mi było w końcu rozpoznać, że byłoby swoistą nieuczciwością wypieranie się części prawdy o swym doświadczeniu, szczególnie nim zostało ono właściwie rozeznane i nazwane. Zrodziła się wtedy, i trwa zresztą po dziś dzień, ta pewność, że życie w półprawdzie nie może doprowadzić do niczego dobrego. Tylko świadome stawanie w prawdzie przed samym sobą, a przede wszystkim – co będzie zrozumiałe dla osób wierzących – przed Panem Bogiem, może przynosić zdrowe owoce. Oczywiście zdarza się, że czasem bywa to dramatyczne i trudne do objęcia naszym ograniczonym, ludzkim umysłem. Tak było zresztą i w moim przypadku.

Właściwa u podstaw decyzja, aby z pełną uczciwością i otwartością powierzyć się Bogu, w obliczu braku pojęcia jak mogę swą pełną tożsamość i swe mieszane doświadczenie zrozumieć, a co za tym idzie – pogodzić je z nauczaniem Kościoła, sprawiła w konsekwencji, że oddaliłem się od Pana Boga. Może nie tyle sama decyzja, co błędy, które popełniłem, wyszedłszy od tamtej decyzji. Tamte tygodnie wspominam jako czas ogromnych życiowych napięć, a mimo to wiem, że gdybym nie podążył wtedy za głosem serca, w którym upatruję głos Boga, mówiący, by żyć prawdą i nie wypierać się prawdy, to nie stałbym się człowiekiem w pełni – wyleczonym dziś ze strachów przed wszystkim tym co osobiste, co jednostkowe, co moje – przypisane mi przez Pana. Dzięki temu mogłem zwrócić się ku Niemu, oprzeć się na Nim, poddać Miłości, ale i przyjąć w swym życiu szczerze Chrystocentryczną postawę. Z Bożej łaski mogłem wejść w proces stawania się człowiekiem prawdziwie wolnym. Musiało jednak upłynąć wiele długich lat, aby to się wydarzyło i abym mógł tak powiedzieć.

Nim przejdę dalej, pragnę wrócić jeszcze na moment do tamtego czasu dramatycznych wyborów, a także trudnego okresu, który nastąpił w ich bezpośrednim następstwie. Wraz z decyzją o niepójściu do seminarium wystawiłem się na działanie złego. Jakimże byłem wówczas doskonałym, bo na wskroś słabym celem! Słyszałem te podszepty: skoro nie poszedłeś, to już nikt cię tam nie będzie chciał; nie nadajesz się; to nie dla ciebie; każdy będzie cię teraz oceniał i wyśmiewał; w Kościele nie ma dla ciebie miejsca; nie będziesz tam nigdy szczęśliwy; klamka zapadła; jesteś stracony; to jest koniec… Każdy ten tekst zasadzał się w zakamarkach umysłu, a jako że gleba była podatna, to plon przyszedł szybciej niż można się było spodziewać i był naprawdę obfity. Uległem tej koszmarnej iluzji, że oto teraz ja będę demiurgiem – na ja zbuduję nowy porządek, w którym nie będzie miejsca dla Boga. Proces oddalania się od Pana, jakkolwiek nie byłoby to paradoksalne, bo wydawało się przecież, że byłem tak blisko Niego, postępował w ekspresowym tempie. Szedł niczym lawina – na przełaj, niszczycielsko, nie do zatrzymania. Doświadczyłem na sobie jak skutecznie potrafi działać szatan. Nawet nie wiecie, z jakim smutkiem piszę to dzisiaj, ale fakty są niezaprzeczalne – uległem w końcu namowom złego…

Ktoś mógłby jak najbardziej po ludzku powiedzieć: należało szukać oparcia we wspólnocie. I pewnie nawet miałby rację, bo przecież Duch Święty jest obecny w Kościele, więc we współbraciach jest moc, aby doradzić i pomóc. Niestety wtedy zaczęło mi się również mylnie wydawać, że uczestnictwo we wspólnocie wiernych, przy tych wszystkich wątpliwościach i dylematach, z którymi się mierzyłem, jest nie tylko niemożliwe, ale i dla mnie szkodliwe, gdyż nie pozwala mi – tak wtedy na to patrzyłem – być prawdziwie sobą w całej mej kompleksowości. Emocje mnie po części zaślepiły. Dodatkowo zrodziło się też wyraźne poczucie wstydu, wynikające z ludzkiego postrzegania powziętej decyzji. Uległem mistrzowi kłamstwa. Zatraciłem się w jego nonsensach i roztaczanej przezeń iluzji. Powstało we mnie silne wrażenie, że za mną są tylko spalone mosty.

Zabrakło mi wtedy także solidnego ramienia, na którym mógłbym się wesprzeć duchowo, ale i determinacji, aby znaleźć dobre i spójne kierownictwo duchowe w dramatycznym okresie, w jakim się znalazłem. Rozpoczął się wówczas mój najpotężniejszy kryzys wiary, ale i dogłębny kryzys tożsamości. Nie potrafiłem sobie z tym wszystkim poradzić. Straciłem wiarę w Bożą potęgę oraz moc Ducha Świętego, a mój świat uległ nagle totalnej dekonstrukcji. I tak oto oddaliłem się od wspólnoty Kościoła, uznając butnie, że oto teraz sam sobie będę sterem, żeglarzem, okrętem. Odszedłem od Źródła, hen – z dala od Domu, gdzieś na nieznane mi bezdroża. Dziś wiem, że wszystko to wydarzyło się w konkretnym celu i pomimo że samo odejście było oczywistym błędem, a przy tym decyzją grzeszną, to Pan Bóg ani przez chwilę nie zapomniał o mnie i prowadził mnie przez cały czas, tak bym nawet z tej sytuacji mógł wyciągnąć właściwe wnioski. I abym miał szansę powrócić!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s