Świadectwo – część 4 – Bezdroża

Na “moich” bezdrożach, ku ogromnemu początkowemu zaskoczeniu, poznałem bardzo wiele osób, różniących się czasem nawet znacznie w swej konstrukcji ode mnie, ale przy tym niejednokrotnie przepełnionych w swej esencji prawdziwym dobrem i duchowym pięknem. Znalazłem pośród nich i radość, i poczucie szczęścia. Doświadczyłem miłości. Doświadczyłem też, patrząc z bliskiej mi dziś perspektywy, Bożej obecności, choć wówczas wcale tak tego nie postrzegałem. Te różnorakie, wartościowe znajomości ubogacają mnie jako człowieka i przez cały czas uczą szacunku do istniejących między mną a innymi ludźmi różnic. Wierzę bowiem, jak zresztą na chrześcijanina przystało, że w każdym człowieku – powołanym przecież do życia przez Boskie Tchnienie – możemy spotkać Pana Boga. A jako że wszyscy jesteśmy grzesznikami, “święte” oburzenie na inność niemal zawsze będzie mieć w sobie coś z hipokryzji.

Czas przebywania na bezdrożach skorelował się z czasem stawania się osobą dorosłą, a w konsekwencji zaowocował znacznie lepszym poznaniem i zrozumieniem siebie, a myślę też, choć i mocno tak czuję – miał swoją ogromną pozytywną wartość. Z perspektywy różnorakich bezdroży, na które jako ludzie trafiamy, mamy szansę spojrzeć na różne sprawy z odmiennej perspektywy, a czasem tylko tak możemy dostrzec niewidoczne wcześniej aspekty tych spraw. Niemniej jednak, do czego dziś wstyd się przyznać, przebywając na banicji, na którą sam się de facto skazałem, zasłuchany w ludzkie interpretacje, często bardzo mocno wypaczające sens Słowa Bożego, zrezygnowałem niestety z radości najbardziej wartościowej, bo wynikającej z osobistej relacji z Panem Bogiem. Uległem pokusie zwątpienia i co gorsza, uległem pokusie upartego trwania w tym zwątpieniu, i to pomimo wewnętrznej tęsknoty za obcowaniem z Bogiem – znaku, ale i konsekwencji tamtej łaski poznania Boga, jaką zostałem wcześniej obdarzony.

W latach mojego samowygnania na pustkowia, szukając portu, w którym mógłbym osiąść duchowo i mieć sposobność kontaktu – jak ująłbym to wówczas – z absolutem, po części z ciekawości, a trochę pod wpływem przeczytanych lektur, zacząłem swą duchowość realizować poprzez buddyjską medytację – najpierw po omacku, później czerpiąc już z wybranych nauk. Wszystko to cechowała swoista powierzchowność, a przy tym dość duża nieregularność. I o ile filozofia buddyjska nigdy nie stała się moją religią – stanowiła jakiś rodzaj tymczasowej duchowej afiliacji, o tyle sama praktyka medytacji przyniosła mi w dłuższej perspektywie zaskakująco wiele dobrego. Jestem głęboko przekonany, że z wolna przygotowała grunt na nowy zasiew. Śmiem także twierdzić, że medytacja pustki doprowadziła mnie, oczywiście za sprawą działania Ducha Świętego, do medytacji Pełni – do medytacji Bożej Miłości. Zostałem raz jeszcze obdarzony łaską, która wypełniła próżnię, w jakiej tkwiłem.

Te lata miały też swój codzienny, życiowy i ludzki wymiar. Uczęszczałem na kilka kierunków studiów, a część z nich ukończyłem nawet z sukcesem. W tym czasie, wyjeżdżając w celach naukowych lub też zawodowych, przez półtora roku mieszkałem na Litwie, a po kolejne pół roku spędziłem na Łotwie oraz w Szkocji. Ponadto zasmakowałem mocno włoskiego la dolce vita. Rozwinąłem się pracując przez ponad dekadę w produkcji filmowej, mimo iż na początku wcale nie byłem pewien, że zwiążę się z tą branżą na długo. Kilka lat temu z moją przyjaciółką prawie założyłem mały biznes gastronomiczny. Ponowna próba otwarcia tzw. małego gastro, która pojawiła się niedawno na horyzoncie, jest być może jakimś odległym następstwem tamtej decyzji. Wraz z moimi w zasadzie byłymi wspólnikami, organizowaliśmy imprezy z muzyką elektroniczną, a także prowadziliśmy bar ze świetlicą, starając się tworzyć przeróżne wydarzenia i akcje adresowane głównie do osób identyfikujących się jako LGBT+, niemniej jednak szeroko otwarte i witające wszystkich zainteresowanych, w zamyśle egalitarne, pragnące, w swym podstawowym założeniu, szanować ludzką różnorodność, co zdawało się przynosić owoce w postaci mostów powstających między różnymi, oddalonymi od siebie środowiskami.

Nie jestem dumny ze wszystkich rzeczy, do których przyłożyłem ręki, ale na szczęście jest też sporo takich, które stanowią jasną kartę i pod którymi również dziś podpisałbym się bez chwili zawahania. Niemniej jednak patrząc na teraźniejszość oraz spoglądając w przyszłość zawsze mam z tyłu głowy fragment z Drugiego Listu do Koryntian [2 Kor 5,17-19]. Jeżeli ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto stało się nowe. Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił na posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg jednał z sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania. To jest słowo wyzwolenia, ale też wezwanie i zadanie. Skoro otrzymałem wolność i otrzymuję ją każdego dnia na nowo, tak iż wzmaga się i wzrasta, to mam iść naprzód zachowując przykazania, realizować się w doczesności, podążając drogą wolności podarowanej mi przez miłosiernego Ojca.

Na przestrzeni lat upadałem, a później podnosiłem się, wiodąc niekiedy hulaszcze życie sybaryty, które na szczęście nie zdominowało mego twardego stąpania po ziemi, ani też nie potoczyło się nigdy w stronę promiskuitycznej pustyni, w której pułapkę daje się współcześnie złapać tak wielu. Pan Bóg trzymał mnie z dala od wszelkiej maści współczesnych szarlatanów i szeptunów, którzy mamią ludzi i ciągną ich w mrok. Wszakże odwróciłem się od Boga, nie oddawałem jednak czci idolom, ani bożka żadnego nie nazwałem Bogiem. Nie uległem również trwale pokusie cynizmu lub egoizmu, za co jestem Panu dziś szczególnie wdzięczny. Zaznałem, co może oznaczać fizyczny ból w chorobie, ale i co znaczy prawdziwe dobro okazywane przez drugą, choćby właściwie obcą osobę, kiedy przekracza się granice własnej wytrzymałości. Nigdy nie zapomniałem o ukochanych górach i o wolności doznawanej w obliczu ich obecności. Zdefiniowałem miejsca, które nazywam swym domem oraz swoją ostoją. Okrzepłem w przyjaźniach – tych szczerych i prawdziwych. Osadziłem się rodzinnie, będąc obdarzany miłością i obdarzając nią. W końcu przed laty zacząłem wieść życie samotne, z czasem też w pełni czyste, a w konsekwencji wzrosłem jako człowiek. Myślę dziś, że tamten wybór, przyczynił się pośrednio do mojego ponownego otwarcia na Boże działanie.

Patrząc jednak na ten okres uznaję za najważniejsze, iż pojąłem, że to wszystko nie przytrafiło się ot tak, po prostu, i nie stało się samoistnie. To czuwał nade mną On! Bóg odtrącony nigdy nie zwątpił we mnie i ani na moment mnie nie opuścił – widzę to dziś jasno i wyraźnie. Równocześnie obdarował mnie najhojniej jak to tylko możliwe, pozostawiając w mym wnętrzu swój ślad – ślad jedynej prawdziwej Miłości. Ten ślad wzbudzał tęsknotę, nie zawsze uświadamianą, ale zawsze obecną. Tęsknotę za doznawaniem Miłości doskonałej i za obcowaniem z Miłością. Tęsknotę za byciem miłowanym, ale też i tęsknotę miłowania – obydwie przeczyste w swej naturze, a przy tym wykraczające daleko poza ludzką rzeczywistość. Oddziaływanie tejże tęsknoty oraz jej cyrkulacja w moim systemie rozumowania, pojmowania, ale i odczuwania, zaprowadziła mnie raz jeszcze do Źródła. Bez tego śladu, pozostawionego przez Pana Boga, nie byłbym pewnie nigdy w stanie odnaleźć Go na nowo i nie mógłbym znów za Nim podążyć. Pan Bóg przemówił z wnętrza, tak iż w swej wolności mogłem odpowiedzieć na Jego głos i znów dostrzec Jego obecność w moim życiu. Oto drobny znak Bożej wielkości, nieprzeniknionej Bożej mądrości i nieustającej Bożej troski!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s