Szczęśliwi, którzy się umniejszają

 

«Sługa nie jest większy od swego pana ani wysłannik od tego, który go posłał. Wiedząc to, będziecie błogosławieni, gdy według tego czynić będziecie». W dzisiejszej Ewangelii [J 13,16] św. Jan cytuje słowa Chrystusa. Słowa, których wagę łatwo przeoczyć, a jednak słowa wyjątkowo ważne. Dla mnie przynajmniej ważne, bo po raz kolejny – co wcale nie jest złe ani nudne – przypominające mi, że bez względu na to, kim bym nie był lub za kogo bym się nie miał, bez względu też na to, jak bardzo bym nie naprężał w życiu muskułów, bez względu w końcu na to, jak bardzo bym nie próbował być mądrzejszy, właściwszy i lepszy, to jednak prawda o mnie w rzeczywistości sprowadza się do jednego prostego stwierdzenia – jestem dzieckiem Bożym i z tego faktu wynika wszystko, co dobre i piękne. Ziarno zasiane, o ile w ogóle przynosi plon, nie zostało posiane w tej glebie przeze mnie. Zostało mi powierzone z momentem, kiedy tchnienie życia wstąpiło w materialną formę, nadając sens memu istnieniu, a także nadając mi godność w Panu, mym Zbawicielu.

Jezus przypomina mi, że wszystko to, co spotkało Jego na ziemi, może spotkać też mnie – nie jestem bowiem kimś lepszym ani większym. Nie chroni mnie żaden specjalny immunitet. Skoro mój Bóg był lżony, poniżany i szykanowany, ale też skoro mój Pan był wzgardzony, ciemiężony i zabity, oznacza to, iż i mnie może to wszystko spotkać. Tak bowiem jak może mnie dotknąć i wielokrotnie dotykał dobrobyt w ramach podarowanego istnienia, tak też mogę zasmakować goryczy, smutku i żalu, na podobieństwo tego, co zasmakował mój Pan i mój Bóg. Ta wizja jest w gruncie rzeczy kojąca, gdyż odziera rzeczywistość ze sztucznie pastelowych barw, z pustej propagandy sukcesu oraz z fałszywej afirmacji szczęścia, satysfakcji i samorealizacji, która dziś atakuje nas z każdej strony. Mogę się potykać pod naporem zła ze strony innych. Mogę życzyć użalającym się nade mną, aby nie płakali nade mną, mówiąc: płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi [Łk 23,28]. Mogę wesprzeć się na narzuconym mi osobiście Szymonem z Cyreny, kiedy miażdży mnie ciężar własnego krzyża i sił już nie mam, aby go dłużej nieść. Jestem uczniem, dzieckiem, bratem i przyjacielem mojego Pana, więc pisany mi jest scenariusz czerpiący z Jego życia – w takiej czy innej konfiguracji, z pełnym spectrum możliwości – poczynając od hucznego wjazdu do Jerozolimy wśród wiwatujących tłumów, aż po męczeńską śmierć na Golgocie, po uprzedniej zdradzie, ale i byciu osamotnionym przez wiele bliskich osób.

Jest jeszcze jeden aspekt słów dzisiejszej Ewangelii. Chodzi o fakt, iż Jezus nie wstydzi się, aby samemu przyjąć rolę sługi. I to sługi wszystkich – w tym także tych, którzy Go zdradzili, zawiedli, odtrącili. Mam miłować moich nieprzyjaciół, ciemiężycieli oraz prześladowców. Moje życie ma więc cechować przeżywanie Dobra, Prawdy oraz Piękna pośród zła, kłamstwa i brzydoty, które napotykam wokół każdego dnia. Dziś Pan przypomina mi, że ceną za moją wierność jest szczęście wieczne – życie w łasce i z błogosławieństwem Bożym. Wystarczy, że uznam swoją niedoskonałość jako człowieka. Wystarczy, że w pokorze przyjmę los, który został mi podarowany. Pan Bóg zdaje się wzywać mnie dziś do powściągliwości, spokoju i cierpliwości. Pokazuje mi miarę, jaką mam mierzyć swe życie, a tą miarą jest Chrystus. Kiedy wydaje mi się, że mogę sam, że mogę lepiej, że mogę bardziej, wiem, w którą stronę się zwrócić – kogo prosić o pomoc i wobec kogo przyjąć postawę służebną – pełną skromności, wiary, ufności. Waga tej lekcji jest kluczowa. Jej moc jest niepojęta, ale warto jej doświadczyć.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s