Prosty gest, wart więcej niż wiele słów

Często mówię, powtarzając to, co mówi nam Kościół, że Pana Boga możemy spotkać w drugim człowieku. To nie jest jednak tylko powtarzanie – mam ugruntowane doświadczenie spotkania z Bogiem w drugim człowieku. To często są proste sytuacje, które rozbijają nieco schematy. Niewielkie rzeczy, które uwypuklają wielkość rzeczy drobnych, dobrych i pięknych. Objawy życzliwości. Przejawy troski. Głoszona życiowa mądrość, wypływająca z rozeznania ducha, często utwierdzona i utrwalona w wierze. Dobro w swym praktycznym wymiarze. Miłość, która jest bezwarunkowa i darmo okazywana. Wyrazy międzyludzkiej solidarności – równego z równym, wbrew społecznym, ekonomicznym, kulturowym, etnicznym czy też religijnym podziałom – na miarę naszego równego statusu dzieci Bożych.

Ewangelista Jan przywołuje dziś [J 15,5] takie oto słowa Jezusa: «Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić». Z tego wynika, że wszelkie dobro, które czynimy, a także wszelka miłość, którą okazujemy, ma w rzeczywistości zakorzenienie w Dobru i Miłości, czyli w Chrystusie, w samym Bogu. Uświadomiwszy sobie ten bezprecedensowy fakt, inaczej patrzymy na akty miłosierdzia, na dobre uczynki i na bezinteresowne czyny, których od innych doświadczamy.

Majówkę spędzam z dala od miasta, w rodzinnej leśniczówce, z bardzo utrudnionym dostępem do sieci, co akurat jest bardzo korzystne, bo można w końcu uciec od komputera i spędzić czas na świeżym powietrzu, w pięknej scenerii, pośród śpiewów ptaków i rechotów żab – z czasem tylko wychodząc do ludzi, by nie zdziczeć zupełnie. Wczoraj postanowiłem wybrać się na małą przejażdżkę skuterem po okolicy. W planach miałem odwiedzenie dwóch małych miasteczek i powrót popołudniem przed zapowiadanymi burzami, które nigdy zresztą nie nadeszły. Wyruszyłem dziarsko, pełen pozytywnej energii i ciekaw nowych wrażeń. Dodam, że byłem po trzydniowej walce z problemami hydraulicznymi – w sobotę była zmieniana terma, w niedzielę hydraulik wrócił awaryjnie, bo puściła jedna rura, a w poniedziałek wraz z ojcem wymienialiśmy podciekającą armaturę w łazience. Liczyłem więc na dzień pozbawiony wpadek i utrudnień. I przeliczyłem się.

Niedługo po wyjeździe, zupełnie przez przypadek, odkryłem, że nie mam przednich świateł. Wizyta na stacji benzynowej i próba zmiany żarówek pokazały, że niestety problem jest poważniejszy i będzie potrzebna wizyta w warsztacie. Oczywiście nie ma szans w tym tygodniu, bo święta i majówka w pełni. Zostałem więc uziemiony… Jako że dzień był słoneczny, a odbijając dosłownie kilometr z drogi powrotnej do domu miałem sanktuarium w Górkach, postanowiłem zboczyć na moment z trasy. Okazało się, że trafiłem na Mszę św. poza porządkiem nabożeństw, ale dopiero to, co wydarzyło się później, było gwoździem programu, że tak to ujmę.

Pomodliwszy się, zbierając się już do drogi, wstąpiłem do otwierającego się właśnie kiosku z dewocjonaliami. Młoda kobieta po trzydziestce, ubrana w strój ludowy, rozwieszała na zewnątrz różańce i wystawiała książki. Zaszedłem, żeby zobaczyć czy nie znajdę czegoś dla siebie do poczytania. Żadna z pozycji nie wpadła mi jednak szczególnie w oko, szczególnie że wyposażyłem się w lekturę na czas pobytu. Jedyną pozycją, jakiej nie miałem, okazało się Pismo Święte, gdyż wyjeżdżając z Warszawy w pośpiechu, nie spakowałem mojego egzemplarza. Wspomniałem o tym sprzedawczyni, zapytałem o cenę i dodałem, że dodatkowy egzemplarz – tu na miejscu, w leśniczówce – zawsze się przyda. Ona spojrzała na mnie łagodnym spojrzeniem i uśmiechając się delikatnie wskazała na egzemplarz, który trzymałem w rękach, mówiąc równocześnie: „Niech pan go pożyczy na czas pobytu i odda jak będzie wyjeżdżał. Albo kiedyś. Jak ma się panu przydać, to tak będzie najlepiej”.

Zamurowało mnie. Zacząłem mówić, że super, że dziękuję, ale może jednak kupię, bo to przecież nawet tak nie wypada. W końcu nie jestem w bibliotece i jednak sklep to sklep, a sprzedaż to sprzedaż. Sprzedawczyni, wciąż patrząc na mnie swymi pięknymi, pełnymi, łagodnymi oczyma, uśmiechnęła się trochę wyraźniej i dodała: „Dewocjonalia są po to, żeby z nich korzystać i ich używać, prawda?”. Prawda – przytaknąłem więc i obiecałem, że zwrócę pożyczony mi egzemplarz Pisma Świętego w doskonałym stanie. Nie mogłem się jednak wciąż nadziwić. W sumie nie wydarzyło się nic wielkiego. W sumie doświadczyłem tylko i aż życzliwości ze strony drugiej osoby – ze strony mojej siostry w wierze, a jakby wszystko nagle się w tym jednym momencie wydarzyło. Zaufanie. Troska. Miłosierdzie. Dzielenie się Słowem. Wszystko, co zakorzenione jest w krzewie winnym – Chrystusie. Wszystko, co wyrasta z Niego – niczym winorośl.

Ja widzę w tym Boże działanie, choć rozumiem, że ktoś może nic takiego w tej sytuacji nie dostrzegać. Dla mnie jednak ta drobna życzliwość, ten kameralny akt zaufania, wyraz troski i miłości do bliźniego, a w końcu też chęć dzielenia się tym, co najcenniejsze, Bogiem objawionym w Słowie są pochodną porządku większego niż porządek ludzki. Są wyrazem Bożego działania poprzez drugiego człowieka. Ta skromna, dobrotliwa kobieta, która wyciągnęła rękę do swego brata, nie kierując się chęcią zysku i nie oczekując niczego w zamian, pokazała najpiękniejsze oblicze mojego Pana i mojego Brata. Problemy ze skuterem przestały mieć znaczenie. Wycieczka, która się nie odbyła, poszła w zapomnienie. Dzień zyskał nową jakość i nowe brzmienie dzięki tej jednej, prostej, szczerej, bezinteresownej sytuacji. Dzięki temu spotkaniu. Większemu niż spotkanie w wymiarze ludzkim. Spotkaniu, w którym obecny był, wręcz namacalny, sam Bóg.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s