Różaniec ze świętymi męczennikami

Minęła długa majówka, zaczął się nowy tydzień. Ciężko wrócić, wejść w rutynową rzeczywistość. Przez chwilę duża część z nas miała okazję zaznać spokoju i relaksu, odrealnić rzeczywistość, a dzięki pięknej pogodzie poczuć się niemalże wakacyjnie. Ten czas był też czasem spotkania z Bogiem. Dzięki urlopowemu spowolnieniu momentami nawet lepszym niż na co dzień. Znalazłem czas na różaniec i Eucharystię. Udało mi się dotrzeć na nabożeństwo majowe. W weekend zaś, przy okazji odwiedzin w Sandomierzu – u babci mojego przyjaciela, nawiedziłem sanktuarium bł. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich. Jak już wspominałem kiedyś – moich szczególnych patronów.

Wizyta w sandomierskiej świątyni miała swój specyficzny wymiar i charakter. O ile w sobotę mój czas był limitowany, w związku z przyjęciem założenia, że postaram się w jak najmniejszym stopniu naruszać plany Jacka i Ewy, a przede wszystkim babci Jacka, o tyle w niedzielę udało mi się pojechać na Mszę św. i spokojniej pomodlić. Wizyta w sanktuarium była moją małą majową pielgrzymką – poczynioną w wyraźnej intencji, lejącą też miód na moje serce. Była w jakiejś mierze wizytą zapoznawczą – wstępem do kolejnych wizyt, które – jeśli Bóg da – chciałbym odbyć w przyszłości. Poczułem się dobrze w tym miejscu, wypełnionym duchem wieków, a jednak prostym i ascetycznym w swej formie, przez to zaś bardzo pięknym. Słońce wdzierało się przez okna, przytłumiony specyficzną akustyką dźwięk rozlewał się po kościele, a ja czułem, że stoję w obecności Pana i błogosławionych dominikanów-męczenników.

Błogosławiony Sadok wraz z 48 Towarzyszami zginął w 1260 roku w trakcie tatarskiego najazdu na Sandomierz. Nie znamy licznych historii z życia Sadoka, a tym bardziej jego współbraci. O przeorze wiemy, że był uczniem św. Dominika Guzmána – założyciela Zakonu Kaznodziejskiego. Sadok zginął w niecałe pół wieku od założenia dominikanów. Kult męczenników kwitł w mieście przez wieki, a sława męczeńskiej śmierci zakonników chwaliła miasto i polskich kaznodziejów. Ciekawostką jest, że dla symbolicznego uczczenia tamtej chwalebnej śmierci – przynajmniej wedle najpowszechniej uznawanej interpretacji, polscy dominikanie uzyskali przywilej noszenia czerwonego wełnianego pasa, z którego zrezygnowali już po Soborze Watykańskim II. Ginęli z pieśnią na ustach. Kronikarz tak opisał oczekiwanie dominikanów na tatarską rzeź: „Krwawe te bestie zastały pasterza Sadoka wraz z pobożną owczarnią braci na środku kościoła, jak Matce Miłosierdzia śpiewali słodko na swój zgon Salve Regina”. Tak umierać naprawdę trzeba umieć.

Z bł. Sadokiem i jego 48 Towarzyszami odmawiam ostatnimi czasy różaniec. Czterdzieści dziewięć powtórzeń modlitwy Zdrowaś Maryjo – każde jedno odmawiane z kolejnym bratem. Ostatnie powtórzenie odmawiam wraz z bł. ks. Jerzym Popiełuszką – męczennikiem naszych czasów, który również umiłował wolność i ukochał Maryję, Matkę Bożą, Królową Polski. Jakoś łatwiej mi się modlić i przywoływać imię Jezus, usytuowane w centralnym punkcie Pozdrowienia Anielskiego, wiedząc, że moim modlitewnym wsparciem, moją wspólnotą w wyznawaniu Pana i moim umocnieniem w mej ludzkiej słabości są ci, którzy w momencie próby nie bali się złożyć ofiary ostatecznej, na jaką może zdobyć się człowiek, i którzy do końca mieli Boga na ustach i powierzali się Mu przez ręce Maryi. Dziś modlę się znów za ich wstawiennictwem o łaski dla bliskich i obcych, ale też dla siebie. Dziś mam w głowie żywą pamięć obecności – Boga, Maryi oraz Jego świętych. Dziś śpiewem duszy i cichym jej milczeniem oddaję Bogu cześć.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s