Wdzięczność i radość, wyrozumiałość i ufność

Wczoraj w Kościele katolickim obchodzona była uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Uroczystość ważna, ponieważ upamiętniająca zakończenie ziemskiego życia Chrystusa i Jego triumf. Istotna, gdyż zapowiadająca również Jego powrót. Kiedy uporczywie (apostołowie) wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: «Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba» [Dz 1,10-11]. Uroczystość znacząca, ja zaś… nie dotarłem do kościoła…

Wróciłem wieczorem padnięty, przysypiając niemalże w drodze powrotnej, co zdarzyło mi się jako kierowcy pierwszy raz w życiu – dotychczas nie dowierzałem, by było to możliwe. Jako że do Mszy o 21.30 miałem jeszcze przeszło półtorej godziny, nastawiłem budzik przed 20.00 i poszedłem spać. Budzik obudził mnie, lecz wstałem z trudem i całym sobą czułem, że muszę wrócić do łóżka. Miałem jeszcze po Mszy zawitać na moment do rodziców, by odebrać jakieś rzeczy, więc wykonałem telefon, ale nikt nie odebrał. Poddałem się i wróciłem do łóżka. Coś było na rzeczy z tym zmęczeniem, ponieważ spałem do 7.10, podczas gdy normalnie o tej porze roku śpię krótko i sam z siebie wstaję bardzo wcześnie. Nie zmienia to jednak faktu, że do kościoła nie dotarłem i niedzielne Spotkanie nie było mi dane.

Dobrą rzeczą, która z tego wypłynęła był dzisiejszy poranny rachunek sumienia i spowiedź, do której nie mogłem już drugi tydzień dotrzeć. Nie ciążył mi na sumieniu żaden uświadomiony grzech ciężki, więc odwlekałem Spotkanie w sakramencie pokuty i pojednania zupełnie bez sensu. Przydarzył się jednak upadek, a ja od razu hyc! Za sprawą mojej ludzkiej słabości Moc pchnęła mnie w swe objęcia. Spowiedź jest dla mnie strefą intymną, o której nie zamierzam się rozpisywać, jednak chciałbym powiedzieć, że ta dzisiejsza należała po prostu do udanych. Z ust siedzącego po drugiej stronie kratki kapłana usłyszałem zdania, które rezonowały we mnie przez resztę dnia.

Być może to właśnie te zdanie przygotowały mnie na pewne przeżycia natury estetycznej i emocjonalnej, a w pewnym sensie również duchowe do głębi, których miałem okazję doświadczyć, trafiwszy – z pewnością nie przez przypadek – na wyświetlany w ramach 15. Festiwalu Filmowy Millenium Docs Against Gravity dokument o enigmatycznym tytule „Gurrumul”, opowiadający historię pięknego człowieka, krokodyla tęczowego, ślepego chłopca, najwspanialszego głosu aborygeńskiego, który zaistniał w australijskiej kulturze białego człowieka – Gurrumula. Przy okazji polecam go Wam, bo choć nie wiem czy wywrze na Was równie mocne wrażenie, to na pewno spodoba się Wam i historia, i bohater, i sposób ich ukazania.

Dzisiejszy dzień minął pod znakiem rozważań nad znaczeniem skromności i pokory, ale też pod znakiem godzenia się na to, co przygotował dla mnie Bóg. Na wdzięczności i radości, wyrozumiałości i ufności, z których ma wyrastać wszystko, co Boże. Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie [Flp 4,4-7]. Dzisiejszy dzień to próba ponownego zmierzenia się z podstawowym faktem, że to nie ja, ale Pan Bóg – jest pierwszy, jest większy, jest bazą. Że każde moje działanie jest następstwem Jego łaski. Że każda sytuacja, w którą wchodzę i z którą się mierze może dać się pojąć tylko wówczas, gdy punktem wyjścia będzie Jezus, będzie Słowo – żywe, buzujące, zmieniające mnie od środka.

Dlatego nim położę się spać chcę zanieść do Pana Boga modlitwę, dziękując za ten dzień pełen pięknych wrażeń, prostych w swej mądrości lekcji, „przypominajek” kierujących uwagę na to, co naprawdę ważne – co najważniejsze. Z łagodnością patrząc na me własne słabości, spoglądam na Ciebie, pragnąc uczyć się jak być właściwie, jak być całym sobą, jak być na Twoje niedoścignione podobieństwo. Radością wypełniłeś ten dzień i wypełniaj nią, proszę, też każdy kolejny. Nie ja, ale Ty – z ufnością powtarzam, by odcisnąć Prawdę na moim życiu, na każdej chwili, na każdym spotkaniu. Wzorem Spotkania, które czasem przychodzi przecież z trudem. Które czasem przegrywa ze zmęczeniem. Które bywa odkładane z niewiadomych przyczyn. I dziękuję. Dzięki, że jesteś w moim życiu i że dajesz mi to dostrzegać. Dziękuję, że mnie masz. W swej trosce. W swoim sercu. Ujętego w Twym planie.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s