Życie w wierze jako konserwacja ikony

Ależ to był dzień! Zaczął się rano, wczesną pobudką po piątej – nieplanowaną, nawet trochę wbrew planom. Czekał mnie bowiem ostatni w tym roku pełnokrwisty, tzn. taki od rana do późna, dzień na uczelni. Jutro mam jeszcze jedne zajęcia i tzw. final exam z angielskiego dla prawników, a za dwa tygodnie ostanie warsztaty z postępowania cywilnego i kończącą Moduł prawa osób pozbawionych wolności wizytę w zakładzie psychiatrycznym, ale już od paru dni miałem przeczucie, że to jednak dziś da się poczuć powiew końca roku akademickiego. Tak zresztą się stało! Ultraporanna pobudka była więc mi zupełnie nie na rękę.

Obudziłem się niedospany, ale czułem, że do łóżka już nie wrócę. Słońce rozświetliło już nieboskłon, a ciepłe powietrze zwiastowało upalny, skwarny wręcz dzień. Postanowiłem, że spróbuję odciągnąć jak najbardziej w czasie mój pierwszy posiłek, a równocześnie pragnąc przyjąć Jezusa w Eucharystii po wczorajszej bardzo udanym Spotkaniu w trakcie spowiedzi, udałem się do mojego parafialnego kościoła pw. Najświętszego Zbawiciela na Mszę o 6.30. Jest coś pięknego w rozpoczynaniu dnia od przyjmowania Ciała Pana – zawsze mnie to jakoś wyjątkowo urzeka. Dzisiejsze wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, a szczególnie fraza: Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu [Łk 2,51] rozpoczęła dzień refleksją odnośnie tego jak ja pamiętam o Bogu w mym życiu i jakie jest w nim Jego miejsce? Do tych pytań wrócę, ale w innym, osobnym poście.

Z kościoła wróciłem do domu i od razu zasiadłem do dużego posiłku. Dziś przypadł już jedenasty dzień, od kiedy zmieniłem sposób odżywiania, co nie licząc prób (de facto nieudanych) odstawienia mięsa sprzed jakiejś dekady, jest w sumie pierwszym takim podejściem w moim życiu. Obejrzane materiały filmowe, które podlinkowały mi się pod rzeczy oglądane w sieci, a później także dalsza intensywna lektura w temacie sprawiły, że z dnia na dzień wywróciłem radykalnie cały swój plan odżywiania, kumulując wszystkie posiłki dnia w 4-godzinnym oknie żywieniowym, zaś pozostałe 20 godzin przeznaczając na post i nawadnianie. Czuję się świetnie i wciąż nie mogę się nadziwić, że jedząc przez tak krótki czas jestem w stanie dostarczyć organizmowi wystarczająco energii, by funkcjonować przez cały dzień. Jakaś bańka pękła – okazało się znów, że nic nie wiem o świecie. Lubię te momenty, bo uświadamiają – w tym najlepszym sensie, budującym pokorę – moją własną nieporadność i moją własną bezsilność w pojmowaniu, w funkcjonowaniu, w odkrywaniu ukrytej prawdy.

Przeskoczę uczelnię oraz wizytę w schronisku dla nieletnich i zakładzie poprawczym w Falenicy, mimo że było to bardzo ciekawe, choć na jakimś poziomie także smutne doświadczenie, gdyż chciałbym się skoncentrować na tej myśli ostatniej, dotyczącej odkopywania prawdy, skrywającej się gdzieś pod powierzchnią. Były dziś dwa różne wieczorne wydarzenia, które przykuły już jakiś czas temu moją uwagę. Pierwszym była druga edycja Świateł Miasta u służewieckich dominikanów, na którą wybierało się też kilku moich znajomych, drugim zaś było Święto Domu u Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Obie wspólnoty są mi bliskie – pisałem już o tym kiedyś. Na przestrzeni jednak ostatnich tygodni czuję pewien rodzaj silnego, nie dającego się do końca pojąć rozumowo magnetyzmu Łazienkowskiej – ciągnie mnie do Wspólnot jak nigdy wcześniej. Muzyczno-homiletyczne spotkanie uwielbieniowe na Dominikańskiej kusiło podskórnie, ale serce wyraźnie podpowiadało, by udać się jednak na Powiśle. Ostatnio staram się słuchać serca jak tylko potrafię, bo dostrzegłem, że to właśnie przez nie przemawia często Pan Bóg, więc skutecznie zarzuciłem pomysł eskapady na drugi koniec miasta i ruszyłem spiesznie „do Malborka”.

I tu temat odkrywania ukrytej prawdy w końcu wybrzmi. W inauguracji Święta Domu uczestniczył wspaniały, mądry, rozkochany w ikonach i Wschodzie bp Michał Janocha, którego bardzo cenię od czasu przeczytania wywiadu-rzeki zatytułowanego „A piękno świeci w ciemności”, który przeprowadziła z nim Ewa Kiedio. Podczas kameralnego spotkania z braćmi i siostrami z MWJ oraz świeckimi związanymi z kościołem na Łazienkowskiej – czy to przez swe uczestnictwo we wspólnotach, czy też poprzez codzienne karmienie się Słowem, Ciałem i Krwią oraz prostotą i ciszą tego miejsca, które zebrało łącznie dwadzieścia kilka osób w przyklasztornym ogrodzie, ksiądz biskup dzielił się refleksją odnośnie Wspólnot, ich charyzmatu, współczesnego Kościoła i czekających nań wyzwań. Mówił też nieco o ikonach i przywołał historię zaginionej po II Wojnie Światowej ikonie Matki Bożej Chełmskiej, która odnalazła się w końcu wiele lat później.

Ikonę przyniosła w dwóch kawałkach – na dwóch deskach – starsza kobieta. Twierdziła, że jej rodzina przechowywała pęknięty na pół obraz. Zewnętrzna strona obu desek pokryta była przedstawieniem, faktycznie przypominającym nieco zagubioną ikonę, jednak w rzeczywistości była raczej marnej jakości karykaturą pięknego obrazu, któremu oddawały cześć pokolenia wiernych – prawosławnych i unitów. Postanowiono wykonać rentgen desek, a rezultat prześwietlenia wprawił wszystkich w zdumienie! Nie dość, ze pod spodem odkryto warstwę – jak się zdawało oryginalną – zamalowaną w celu ocalenia go przed władzą komunistyczną, to jeszcze niżej – głębiej – ukazała się warstwa z XII wieku – bizantyjski, rzeczywisty oryginał. Ksiądz biskup pięknie wyszedł od tego zdarzenia i powiedział (cytat niedokładny, choć sens zachowany): skoro człowiek jest ikoną Boga, to dochodzenie do prawdziwego wizerunku Pana polega na odkrywaniu kolejnych warstw, które nakłada społeczeństwo i kultura, a na końcu własny grzech, który wypacza i czyni karykaturalnym nasze odbicie twarzy Stwórcy.

To stwierdzenie jest jakże czytelne w swej prostocie – kryje całą prawdę o życiu człowieka w wierze! Jako dzieci Boże mamy prawo i możliwość, ale i jakże często także pragnienie, o ile tylko lęk przed nieznanym albo lenistwo nie wezmą w naszym życiu góry, odkrywać ślady Boga pozostawione w naszym sercu, odciśnięte w naszych ciałach, rozpalone w naszej duszy. By poznać Boga, nie trzeba iść na koniec świata – wystarczy wejść z Nim w relację, a żeby to zrobić trzeba też wejść w głąb siebie. Skierować swą myśl ku sercu i z serca czerpać Prawdę, która rozpali rozum. Spotkać Pana, aby móc później spotkać człowieka. Poznać Boga, aby móc w konsekwencji poznać samego siebie – tego prawdziwego.

Współczesność nakłada na nas wiele filtrów, tożsamości i konwencji, które odciągają naszą uwagę od najprostszego faktu – jesteśmy Ludźmi. To „L” nie jest przypadkowe! Być człowiekiem – istotą umiłowaną przez Boga – to jest najlepsze i najwspanialsze, co się może przydarzyć. Dostrzeżenie wagi tego stwierdzenia, esencjonalności tej jedynej słusznej tożsamości, a także złożonej rzeczywistości, jaką w sobie człowieczeństwo skrywa, dają moc, aby iść przez życie z godnością, choć równocześnie z pokorą. Takie jest moje doświadczenie, szczególnie na przestrzeni ostatniego roku przeobfite – Paraklet jest łaskaw, a moja radość jest ogromna. In hoc signo vinces! (Pod tym znakiem zwyciężysz!) Tylko przez krzyż, wierzę w tę naukę Kościoła, wiedzie droga do zbawienia – przez wyrzeczenie, które nie jest zaprzeczeniem i przez miłość, która zawsze powinna być czysta, miłosierna i przepełniona Duchem Bożym. Współcześnie brzmi to dla niektórych jak mrzonka, jak absurd, jak jakaś aberracja, a jest to w rzeczywistości droga prawdziwie prowadząca do Pana Boga – do najwspanialszej Miłości.

Żyć w wierze to stać się konserwatorem ikony Boga w sobie, to podejmować ciągle na nowo próbę odsłonięcia oryginalnej warstwy – Dobra, Miłości i Piękna, skrytą w każdym człowieku od początku istnienia. Pan Bóg stwarzając nas, a nawet wcześniej – kiedy nie byliśmy jeszcze stworzeni, obdarzył nas swoją miłością i dał nam godność dzieci Bożych. Znalazł dla nas – grzeszników – miejsce w swym sercu. Zawierzył nas też Sercu swej Niepokalanej Matki, która choć była człowiekiem, to jednak nie splamiła się grzechem.

Najczystsza Panno Maryjo, Boża Rodzicielko i moja najdroższa Matko, która nade mną czuwasz i która łaski u swego Syna wypraszasz, weź dziś szczególnie w opiekę każde swe dziecko, do Ciebie się zwracające, ale i to, które zapomniało być może o Tobie, i utul je do swego Serca. Do Pana Boga prowadź. Dopomóż każdemu z nas uświadomić sobie i wyzwolić pełen potencjał naszej, jednostkowo ukształtowanej, od Boga nam darowanej, ludzkiej godności, tak by żyjąc w prawdzie nikt nie zapomniał nigdy o Prawdzie najważniejszej i hierarchię właściwą znaleźć w życiu umiał – zamiast życia w kłamstwie, które w konsekwencji może wieść ku zatraceniu ciała i duszy. Panie Boże, do swego Najświętszego Serca nas przyjmij i swą miłością przebij się poprzez wszelkie pseudo-miłości, które na każdym kroku podsuwa nam świat. Daj żyć Miłością i daj umrzeć w Miłości – taką modlitwę wieczorną zanoszę, wdzięczny za ten wspaniały dzień!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s