Rodzina – nasza wspólnota wzrastania

Ostatnie dni są toczą się jakoś wyjątkowo mocno wokół rodziny. Dziś świętowaliśmy 81. urodziny wujka Andrzeja. Wczoraj myślami byłem wraz z Tatą w związku z Dniem Ojca. Przedwczoraj zaś poszedłem z Mamą i ciotką Majką, przyjaciółką Mamy, do bazyliki archikatedralnej św. Jana Chrzciciela na piękne wykonanie Mszy „Koronacyjnej” C-dur Mozarta, a później na kolację do domu rodzinnego – w składzie powiększonym o Tatę i wujka Jacka. Intensywne są te ostatnie dni, ale i pełne dobrej energii. Nie zamierzam idealizować swej rodziny, bo jak każda ma także wady, ale przyznam, że trudno mi sobie wyobrazić przyjaźniejszy układ rodzinny niż ten, do którego przyzwyczaiła mnie moja – czasem nieznośna, lecz przeważnie wspaniała – rodzina.

Dziś Kościół obchodzi uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela, uznawanego za największego ze wszystkich proroków, narodzonego pół roku przed Chrystusem, torującego na ziemi drogę Bogu, w wymiarze ludzkim – krewnemu Jezusa. Ich matki, Maria i Elżbieta, były ze sobą spokrewnione, o czym wspomina Pismo Święte. Tradycja sugeruje, że Maryja mogła być siostrzenicą Elżbiety. W takim wypadku św. Jan Chrzciciel byłby więc wujem ciotecznym Jezusa. To nie czyni rewolucji w postrzeganiu ich relacji, ale dopełnia obraz i pokazuje szerszy kontekst otoczenia rodzinnego, w jakim wzrastał nasz Zbawiciel. Nie dość, że porodziła Go Najświętsza Maryja Panna, bez grzechu poczęta, a Jego ziemskim ojcem był dobry i opiekuńczy św. Józef, to również w dalszej rodzinie nie brak prawdziwie Bożych ludzi. Elżbieta i Zachariasz, a za nimi ich syn, Jan Chrziciel, a być może też i Salome, co znów sugeruje tradycja, matka świętych apostołów – Jakuba i Jana, tego samego, który stał się autorem jednej z Ewangelii, tworzą rodzinną przestrzeń troski i miłości, w której każdy chciałby móc wzrastać.

Kontekst rodzinny jest w życiu człowieka nie do przecenienia. Tajemnicą jest dlaczego jeden człowiek rodzi się w takiej, a inny w zupełnie odmiennej rodzinie? Dlaczego ktoś ma na starcie łatwiej, a inny od samego początku ma trudniej? Odpowiedzi na te pytania poznamy dopiero po śmierci, ale mam silną intuicję, że większość tych ułatwień i utrudnień jest w gruncie rzeczy tylko pozorna. Każda bowiem jednostkowa sytuacja i tak rozbija się o potrzebę stosowania się w swym życiu do przykazań danych nam przez Pana. Każda jest poligonem realizowania co dnia przykazania miłości, ale i przykazań starego przymierza. Każda jest szansą i zagrożeniem równocześnie – innymi dla każdego, ale koniec końców koniecznymi, byśmy mogli okazać Bogu naszą miłość, oddanie i rzeczywiste pragnienie bycia Mu posłusznym.

Jest jakaś trudno uchwytna logika, wyczuwalna jednak podskórnie, wpisana w każdą taką jednostkową sytuację. Równocześnie ciśnie się na usta pytanie: co zatem z tymi, którzy wydają się być w sytuacjach najgorszych i najbardziej tragicznych – choćby z dziećmi urodzonymi w miejscach, w których toczą się konflikty zbrojne i wojny albo tymi, którzy żyją na obszarach, gdzie panuje głód i bieda? Co z tymi, urodzonymi w rodzinach, w których zupełnie brakuje miłości, szacunku i wsparcia? Życie każdego z nas jest elementem większego, niewyobrażalnie wielkiego i doskonałego, Bożego planu – planu zbawienia. Życie ziemskie, życie w oderwaniu przez grzech pierworodny od Boga, niepozbawione trudności i smutków – czasem mniejszych, czasem niewyobrażalnych, jest przestrzenią, w której staramy się usłyszeć głos Boga – ów utracony głos, by podążyć za Nim i dać się zawieść do niebieskiej rzeczywistości życia wiecznego – bez smutków, bez trudów, bez cierpienia i udręki. Do tej rzeczywistości dobrej, czystej i pięknej, którą utraciliśmy jako ludzie, ale która jest nam pisana i jest dla nas przygotowana przez miłosiernego Ojca.

Czy fakt, że ta rzeczywistość jest nieuchwytna, na swój sposób odległa i właściwie za życia nienamacalna daje nam powód, byśmy poddali się i popadli w ospałość albo letarg? Byśmy zatracili swój instynkt i przestali robić rzeczy dobre, przestali próbować zmieniać świat na lepsze? Otóż wręcz przeciwnie! Mamy czynić sobie świat poddanym, to znaczy kreować ów świat na obraz tego, który odkrywa przed nami Pan Bóg. Lepszy niż ten, napotkany w naszym jednostkowym życiu, sprawiedliwszy w przejawach swej prawdziwej esencji, z łagodnością traktujący każdego, szukający jedności i pokoju, a z miłości czyniący podstawowe prawo. Przemieniać świat i zmniejszać ilość zła, które za sprawą szatana i złych duchów, ale i naszej ludzkiej słabości pośród nas się panoszy – to jest właśnie praktyczny wymiar starań na poligonie nam danym.

Możemy czekać na inny dzień, aby wziąć sprawy we własne ręce, swoją obecną bierność tłumacząc na tysiące sposobów. Możemy obrazić się na Boga i wmawiać sobie przeróżne kłamstwa odnośnie rzeczywistości, której częścią jesteśmy. Tylko co powiemy pokoleniom, które po nas nadejdą, które już nadchodzą? Jak wytłumaczymy się z braku działań, kiedy mogliśmy coś zmienić, kiedy mogliśmy być narzędziem w służbie dobra, a nie zła? I przede wszystkim co powiemy Panu, kiedy spotkamy się z Nim, przekroczywszy wrota śmierci, dostąpiwszy chwili, w której rozstrzygnąć się mają nasze dalsze losy?

Wierzę, że najłatwiej zacząć od swojego otoczenia. Od rodziny, od przyjaciół, kolegów z pracy, sąsiadów, ludzi napotykanych na drodze życia. Świat nie zmieni się sam, tak jak nie wzięła się z nikąd nasza rozłąka z Dobrem, nasze oddalenie się od Miłości. Powrót jest celem, więc trzeba skorzystać z szansy nam danej i z wielkiego daru łaski, jaką nas obdarzył Mesjasz, wchodząc pośród ludzi, żyjąc tu – wśród nas, dając nam słowa Mądrości, a u kresu swej wędrówki składając ofiarę z własnego życia. Jeśli więc ja, słaby i pogrążony w grzechu człowiek, pragnę się zbliżyć do Boga, nie mogę uciekać od trudów i udręki życia, nie mogę się obrażać na Pana za przeciwności, które mnie spotykają, choć jest to pociągające, a z praktyki wiem, że i najprościej jest to zrobić. Konsekwencją takiego działania, często nieuświadamianą, jest bowiem jednak jeszcze większe oddalenie się od Boga – większy smutek, lęk, tęsknota i poczucie tego podstawowego braku. Doczesne szczęście nie daje szczęścia wiecznego. Nie można też dobrze przeżyć życia doświadczając tylko wycinka rzeczywistości – sztucznie wybranego, skoncentrowanego na tym, co przyjemne, łatwe i bezbolesne.

Rodzina uczy, że życie dobrze jest przeżyć we wspólnocie z innymi. Mimo, że czasem doznajemy zawodów. Mimo że czasem inni przekraczają w swym zachowaniu granicę, poza którą jest już rzeczywistość niebrana przez nas za normę. Również jednak dzięki miłości, która krąży i buduje. Też dzięki trosce i opiece, którą potrafią nas obdarzyć nasi najbliżsi. Niekoniecznie ci spokrewnieni z nami blisko – bo nie każdy ma szczęście mieć wspaniały rodzinny habitat. Wspólnota, w której mamy oparcie, to jednak więcej niż więzy krwi. Dla mnicha będzie to rodzina zakonna. Dla zagubionego – miejsce, w którym znajdzie oparcie i spokój. Dla każdego z nas – Matka Kościół, bo tu – pośród innych ludzi, możemy wzrastać i rozwijać się. Dostrzegając zatem zarówno dobro, jak i zło, nazywając jedno i drugie po imieniu, wyciągając adekwatne konsekwencje, starajmy się wejść w rzeczywistość Kościoła z otwartością, z pozytywną energią i chęcią bycia aktywnym uczestnikiem życia naszej Matki, a nie tylko biernym obserwatorem i nadaktywnym komentatorem zła, które rzeczywiście się przytrafia, niewspominającym jednak przenigdy o dobru.

Uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela kieruje nas do początków wspólnoty. Wielki prorok torował Panu drogę do jej utworzenia – otwierał oczy na rzeczywistość Nieba i kierował ludzki słuch ku głosowi Boga. Jako ludzie jesteśmy wielką rodziną. To nie jest tani slogan, ale bazowa prawda o nas. Wszyscy jesteśmy ze sobą spokrewnieni – nie tylko biologicznie, ale przede wszystkim duchowo. Pochodzimy od Boga, mamy Jego ducha w sobie i cel wspólny, którym jest Niebo i życie wieczne pełne uwielbienia dla naszego Stwórcy. To jest doskonały dzień, żeby wejść na ścieżkę prowadzącą do Pana – otworzyć się na wspólnotę, wejść ochoczo w rodzinę Kościoła, w innym człowieku, nawet tym, który nie jest doskonały, zobaczyć brata, w ubogim, wykluczonym i odpychanym przez świat zobaczyć obraz Boga. Każdy człowiek jest ikoną Pana i sposobnością nam daną, by odmienić własne serce, zapuścić mocniej korzenie w duchu i czerpać ze źródła Miłości, jakie w każdym z nas pozostawił Ojciec. Nie ma co się ociągać i zwlekać. Wzrastajmy tak, aby Niebo otwierało się przed nami już dziś!

2 Comments

  1. Cześć!
    Tak ciężko komentować Twoje piękne i mądre słowa. Nie umiem. Jestem ciągle w drodze, upadam i podnoszę się. Masz szczęście mając tak wspaniałą Rodzinę. Czy jest grzechem myśleć, że cudownie byłoby , gdyby człowiek mógł urodzić się z niepokalanego poczęcia, czy jeśli pierwsi ludzie nie skosztowaliby owocu z drzewa zakazanego ludzie dostąpili by tego cudu w raju?
    Czuję na sobie grzech pierwszych ludzi. Ziarno zła jest we mnie zakodowane genetycznie.
    Ufam i wierzę w Miłosierdzie Boże. Ufam , że cierpienie którego doświadczyłam w swoim życiu było potrzebne, że Bóg zawsze wie co robi i nie pójdzie ta męka na darmo.
    Serdecznie pozdrawiam,
    Marysia

    Polubienie

  2. Ja również wierzę, że On wie najlepiej. Grzech i słabość są domeną każdego z nas i wierzę, że musimy nauczyć się z tym faktem żyć, równocześnie pragnąc zmiany i do Boga się zwracając, by się tym naszym pokiereszowanym nieraz życiem zajął. On potrafi odmienić naszą rzeczywistość oraz wydobyć sens i właściwy smak spraw i zdarzeń. Pozdrawiam i ja. Przyjemnego wieczoru!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s