Kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie

Pragnienia – te duże, te mniejsze, te niby nic nieznaczące, codzienne, powszednie. Nasze cele. Nasze marzenia. Nasze kotwice w doczesności. Małe światy ziemskie przyćmiewające wielki świat Nieba. I nic w tym złego! Każde odhaczone pragnienie ukazuje nam pustkę, którą skrywa, a ta pustka kieruje naszą myśl ku Pełni. Im więcej się przeżyje, tym bardziej rozumie się, że prawda nie kryje się na końcu świata, nie wymaga poznania kolejnej setki ludzi, ani nie leży na krańcu jakiejś doczesnej drogi – zawodowej, towarzyskiej czy też tej, która wiąże się z naszymi pasjami. Na końcu tych światowych ścieżek zawsze czeka nas uczucie niedosytu, gdyż poczuć spełnienie można jedynie kierując się ku Pełni, a jest nią Pan Bóg w Trójcy Przenajświętszej.

Pisałem już o tym, że były takie lata, kiedy funkcjonowałem daleko od Boga, skonfliktowany z Nim z powodu zbytniego zachłyśnięcia się sobą, własnymi potrzebami, pragnieniami, wyobrażeniami na temat tego, co dla mnie dobre. W owym czasie, skoncentrowanym zupełnie na tym, co doczesne, w poszukiwaniu namiastki duchowości skierowałem się na pewnym etapie mojego życia ku buddyjskiej medytacji. Jestem pewien, że Duch Święty wiedział doskonale, co robi, kiedy wyprowadzał mnie ku Prawdzie, z mojego pogubienia, tą boczną ścieżką. Buddyjska medytacja nauczyła mnie koncentracji i cierpliwości, uspokoiła myśl, uregulowała oddech, osadziła w codzienności i teraźniejszości. Z pustki czyniąc kres drogi, uświadomiła mi równocześnie po czasie, że jest to kres urojony. Pustka bowiem zanurzona była w mroku, a tęsknota serca wyglądała Światła. Tak Duch Święty znów skierował mój wzrok i słuch ku Pełni. Medytacja, jako metoda, sposób pogłębiania kontaktu ze strefą ducha, obroniła się i nabrała nowego wymiaru. Zyskała cel doskonały, a przy tym konstruktywny, jasny, dobry. Tym celem jest budowanie harmonijnej relacji z Bogiem, który sam mnie szuka i wypatruje. Pusta technika wypełniła się treścią.

Pamiętam pierwszy przyjazd do rodzinnej leśniczówki, po tym jak przeżyłem swe nawrócenie. W lesie ustawiony jest w celach dekoracyjnych, porastający mchem, mały posążek Buddy, a właściwie jedynie jego głowa. Nigdy nie patrzyłem na człowieka z krwi i kości, jakim był Gautama, jak na Boga, bo ani nim nie jest, ani nawet buddyści tak nań nie patrzą. Był dla mnie przez te lata po prostu nauczycielem pewnej metody kontaktowania się z tym, co wewnętrzne. Poszedłem do tego posążka z uśmiechem i wdzięcznością za Bożą pomysłowość, uświadomiwszy sobie, że właśnie poprzez naukę owych pradawnych technik zadziałał Duch Święty, który skruszył me serce i przygotował na moment, w którym ukazał mi się Pan, tak bym odzyskał wzrok i słuch.

Pomyślałem, że nie ma właściwie nic bałwochwalczego w tej naszej zażyłości. Budda żył przed Chrystusem i kto wie, kim byłby, gdyby mógł skonfrontować się z nauczaniem Mesjasza. Jezus mógł odmienić jego życie, tak jak odmienia choćby i moje. Intuicję, by w ciszy i spokoju dochodzić do tego, co istotne, miał jednak książę Siddhartha całkiem niezłą. Monastycyzm wyrasta w pewnej mierze w tych samych źródeł, choć oczywiście źródłem podstawowym, pierwszym i najważniejszym jest Chrystus. Nie dziwi jednak, że współcześnie dochodzi do spotkań na pograniczu tradycji buddyjskiej i chrześcijańskiej tradycji monastycznej, choćby takich jak te w opactwie benedyktyńskim w Lubiniu. Szukanie styków pomiędzy tradycjami, wspólne przebywanie i wzajemne doświadczanie są bezsprzecznie cenne, bo właśnie w ten sposób buduje się mosty i daje szansę na odkrywanie Prawdy.

Nasze pragnienia, by podbijać świat, by okrążać go, by poznać więcej i lepiej, mimo iż nie są złe i stanowią drogę do odkrycia tego, co jest naprawdę ważne, są niczym kolejne wrota, które musimy przekroczyć, by znaleźć się bliżej Nowego Jeruzalem, do którego mamy dotrzeć i które zostało nam przyobiecane jako prawdziwy kres podróży. Jezus jest drogą i bramą, i to przez Niego jest nam dane wejście do Królestwa Bożego. To On zaspokaja nasze pragnienia i gasi łaknienie poznania. I czyni to doskonale, tak jak nie uda nam się tego nigdy zrobić samemu! Odpowiedział im Jezus: «Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie [J 6,35]. Wystarczy przyjść i dać się nakarmić. Wystarczy dać się poprowadzić, choćby i wydawało się to komuś naiwne, kuriozalne, dziwaczne. Pan Bóg wypełni to sensem, bo jest Prawdą. Pozwoli to właściwie odczuć, bo jest Miłością. Uczyni to żywym doświadczeniem, bo jest Życiem. Wiara wzrośnie wraz z każdym kolejnym posiłkiem, spożywanym u Pańskiego stołu. Zażyła relacja z Panem Bogiem przyjdzie razem z czasem poświęconym na medytację i modlitwę.

8 Comments

  1. 1. Nie zdążyłem poprzedniego posta skomentować, a już jest nowy. Teraz to ja się obijałem 😛
    2. Co masz na myśli pisząc, że „Monastycyzm wyrasta w pewnej mierze w (z?) tych samych źródeł…” Życie monastyczne bierze początek już w IV wieku i raczej w Egipcie. Nie tylko była to ucieczka przed prześladowcami chrześcijan, ale z biegiem czasu nabrało innego znaczenia – poświęcenie się Bogu poprzez ducha ubóstwa, prostoty, umartwiania… Nie dostrzegam wyraźnego wspólnego źródła. Chyba, że byśmy nazwali je Najwyższe Dobro.
    3.Czyżbyś praktykował Panie Stanisławie medytację chrześcijańską?

    Polubione przez 1 osoba

  2. Może wkradło się podczas porannego pisania zbyt duże uproszczenie. Nie tyle korzenie są tożsame, co pewna formuła życia jest zbliżona. Tak jak napisałem „źródłem podstawowym, pierwszym i najważniejszym jest Chrystus” – to dla nas, chrześcijan, oczywiste. Tożsame są takie rzeczy jak wspólnota życia, koncentracja na wspólnych celach, udoskonalanie się w obranej drodze. Wszystko to jest podobne z chrześcijańskim życiu monastycznym i w życiu mnichów buddyjskich. Oczywiście wektor tych działań jest inny. O ile bowiem mnisi chrześcijańscy, oddając się całkowicie do dyspozycji Boga, udoskonalają się w swej służbie Panu, w modlitwie i uwielbieniu Stwórcy, o tyle mnisi Wschodu starają się przetransformować swój umysł poprzez podejmowane praktyki medytacji. Ta ostatnia jest rzeczą wspólną, mimo istniejących, zasadniczych różnic. Mi osobiście medytacja wschodnia pomogła uspokoić wnętrze, otworzyć się na zadawanie pytań, znaleźć formułę do poszukiwania kontaktu z wnętrzem w okresie, kiedy byłem ślepy i głuchy na Pana. I nie sam to uczyniłem, ale wierzę, że działo się to za sprawą Ducha Świętego. Tak uformowany, zdolny do przystanięcia w biegu codzienności i cierpliwego poszukiwania, zostałem znów przyciągnięty przez Pana. I kiedy targnął mną, i kiedy przyciągnął ku sobie, wiedziałem, że muszę usiąść i metabolizować sercem ów strumień, który przeze mnie płynął. I doświadczyłem oraz uwierzyłem, że ta życiodajna moc to Chrystus. I przekonałem się, że medytacja pustki, zatapianie się w niej, wyciszanie głosu pochodzącego z wnętrza nie ma żadnego sensu, bo ten głos należy do Niego – rozmówcy i kompana ziemskiej podróży, prawdziwego Nauczyciela. Tak że – tak, praktykuję medytację chrześcijańską. Praktykuję usuwanie się na bok, robienie kroku w tył, wpuszczanie do życia Pana, bym całym sobą mógł się skoncentrować na Nim. Jak widać po tych moich zapiskach czasem potok słów leje się przez moją głowę, a mam jednakowoż silne poczucie, że Prawda często zawiera się w ciszy, w wycofaniu, w umniejszeniu siebie. Tej Prawdy właśnie szukam w medytacji. Owego Najwyższego Dobra, o którym wspominasz.

    Polubienie

    1. hm… nie praktykuję medytacji o która jest Tobie bliska. Jestem sceptycznie nastawiony do takiego łączenia chrześcijaństwa z buddyzmem. To zupełnie inne religie, a nawet są opinie nie buddyzm to sposób życia / filozofia. Są grupy prowadzone przez mnichów katolickich – jednak nie garnę się do tego. Jeśli to Twój sposób na relację z Panem – to powodzenia 🙂 i nie jestem w tym złośliwy 😛

      Przyznam się, że Twój post zmobilizował mnie, bym dziś sięgnął po książkę o tej tematyce. Leżała sobie na półce pod biurkiem czekając na swoją kolejkę (i ciągle jej miejsce w tabeli spadało )

      Polubienie

  3. Każdy ma swoją drogę! Medytacja chrześcijańska nie łączy się z buddyzmem, choć są pewne (podkreślam: pewne) podobieństwa. Była praktykowana już przez ojców pustyni, przechowała się w jakiejś mierze w tradycji benedyktyńskiej, nakłaniał do niej św. Jan Kasjan, praktykowali ją też mnisi prawosławni. Jest bardzo monastyczna w duchu, szczególnie w pustelniczym wydaniu. Jest bądź co bądź indywidualnym spotkaniem z Bogiem w najprostszej, wymagającej sporej pokory formie. Mnie uczy pokory – to wiem na pewno. Przypuszczam, że nie jest dla każdego, tak jak nie jest dla każdego różaniec, lectio divina czy modlitwa uwielbienia. Myślę, że każdy powinien modlić się w zgodzie z samym sobą. Oby skutecznie spotykać w tej modlitwie Pana! Bóg tak pięknie nas stworzył w wielkiej różnorodności. Trzeba korzystać z tego daru również w modlitwie, szukając własnej, wciąż jednak miłej Bogu, drogi. Na szybko taki link znalazłem z krótkim wprowadzeniem – może będzie przydatny: https://lubin-medytacje.pl/Wprowadzenie/

    Polubienie

    1. Ten link mam w formie książkowej. Nawet cały wywiad rzeka.

      Z biegiem czasu ta forma się modyfikowała, tak jak każda inna modlitwa czy reguła życia mniszego. Oczywiście ojcowie pustyni, anachoreci oraz eremici formę medytacji praktykowali ale bardziej jako medytacja nad Słowem Bożym, ucząc się fragmentów na pamięć, zwłaszcza psalmów i modląc się nimi nieustannie (podczas pracy, posiłków…)

      Polubione przez 1 osoba

      1. Nie zrozum mnie źle że Ciebie atakuję,albo nie chcę przyjąć Twojego zdania, świadectwa którym się dzielisz.
        Medytacja – tak, ale należy być czujnym na nowe wschodnie trendy.

        Polubienie

        1. Pełna zgoda, a i nie traktuję tego jak atak – rzeczowa dyskusja! 🙂 Akurat osobiście, w jakimś stopniu, przez te wschodnie trendy – oczywiście pośrednio, bo przecież bezpośrednio zawsze wraca się dzięki łasce danej przez Pana – powróciłem do modlitwy, jak i na łono Kościoła. Być może dlatego mam pewną umiarkowaną łagodność w ich ocenie i naturalną skłonność do szukania mostów tam, gdzie inni szukają różnic, ale bynajmniej nie wbrew chrześcijańskiej perspektywie, a jedynie w duchu międzyreligijnego dialogu, opartym na świadomości własnej wiary i jej zasad. 🙂

          Polubienie

          1. Boży Duch wieje tak jak chce i nie wiesz skąd podąża ani dokąd zmierza. Ale poprzez łagodność powiewu poznajesz, że to On. Chwała Panu, że rozpoznałeś i przyjąłeś tę łaskę i korzystasz z własnego, bogatego doświadczenia 🙂

            Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s