Miłość zawsze jako punkt wyjścia

Patrząc na obecną burzę medialną, która rozpętała się po ujawnieniu raportu dotyczącego nadużyć duchownych mieszkających i posługujących w Stanach Zjednoczonych, można odnieść wrażenie, że jest to bardzo trudny czas dla Kościoła. I w jakiejś mierze to stwierdzenie nie mija się z prawdą. Inna sprawa, że czasy mamy takie, iż wielu ludzi jest nieprzychylnych Kościołowi. Niemniej jednak teraz, w obliczu licznych skandali nie tylko w Ameryce Północnej, ale w wielu miejscach świata, owo rozgoryczenie i nieprzychylność osiągają naprawdę ogromne rozmiary. Co gorsza, bardzo często wydają się po prostu uzasadnione – co do swej zasady, rzadziej – co do swej formy. Temat nie jest prosty, ale to nie powinno doń zniechęcać. Przeciwnie, powinno mobilizować i wzbudzać miłosierdzie z jednej strony, a żal i chęć właściwego zmierzenia się z problemem z drugiej.

Zupełnie niespodziewanie dostałem rykoszetem, gdyż na fali hejtu wobec Kościoła oberwało mi się na portalu społecznościowym od nieprzychylnych osób, a szczególnie jednej, tylko dlatego że przyznaję się do bycia osobą wierzącą, bycia katolikiem. Pod umieszczonym na moim profilu zdjęciem z Chrztu Świętego małej Lei Marii, której zostałem ojcem chrzestnym, rozgorzała dyskusja, nabierająca momentami znamion aroganckiej nagonki prowadzonej ad personam. Radość ze Chrztu maleństwa i tak przyćmiewa koniec końców wszelkie zło, które się rozlało wokół, ale poziom agresji i zapalczywości komantujących wzbudził moje zdumienie.

Od czasu niedawnego ukazania się wspomnianego raportu nie cichną głosy, które bardzo krytycznie wypowiadają się na temat całego Kościoła. Nie sposób nie ulec wrażeniu, że przez pryzmat karygodnych i nieakceptowalnych zachowań, na które przyzwolenie zdawali się rzeczywiście dawać niektórzy hierarchowie, prowadzi się zmasowaną akcję ataku na Kościół, który tworzymy przecież my wszyscy, a nie tylko osoby dopuszczające się zła. Osobiste wycieczki i sięganie po nienawistne komentarze, by obrzucić błotem każdą osobę, która przyznaje się do wiary, stały się swoistą normą i znakiem naszych czasów. I o ile podzielam pogląd, że jako wierzący wspólnie ponosimy odpowiedzialność za Kościół, więc także za przewinienia pojedynczych jego członków, o tyle nie można z nienawiścią rzucać się na wszystkich, którzy Kościół tworzą. Właściwą postawą i właściwą podstawą do działania zawsze musi być miłość. Tylko z tej perspektywy i tylko z tego punktu wyjścia można właściwie ustosunkować się wobec zła. Inaczej pozostaje tylko lincz, a przecież w ten sposób nie da się stanowić sprawiedliwych wyroków i osądów. Podzielam równocześnie pogląd, że sprawiedliwości zawsze powinno stać się zadość.

Dzisiejsza Ewangelia [Mt 23,1-12] zdaje się upominać także tych, którzy chcieliby podjąć się wybielania i nie znaleźliby w sobie siły, by potępić rzeczywiste zło wszędzie tam, gdzie się ono wydarza. Niektórzy członkowie Kościoła – zarówno świeccy, jak i duchowni – miewali nieraz taką tendencję. Tendencję, która nie jest ewangeliczna, bo Ewangelia sprzeciwia się obłudzie. Wówczas przemówił Jezus do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: «Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Jezus mówi stop obłudzie, równocześnie nie przekreślając człowieka. Nie mówi: odrzucajcie obłudników. Mówi: przyjmijcie głoszoną naukę i wcielcie ją w życie lepiej niż ci, którzy uczynić tego właściwie nie potrafią, nie chcą lub nie mogą.

To zresztą nie wszystko. Jezus uczy uczniów, by zawsze kierowali swą myśl i swą wiarę ku górze – ku Ojcu, który jest w Niebie. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. To ostatnie zdanie jest kluczowe, by zrozumieć sens wiary i sens bycia uczniem Chrystusa. Tylko poprzez pokorę i uniżenie można zyskać naprawdę szansę na życie wieczne. Ta pokora i uniżenie są niczym wytyczona droga, na końcu której czeka nas nagroda – wieczność przed obliczem Ojca. Wyobrażenie siebie wiecznie oddającego cześć i chwałę Stwórcy może przerazić. Mnie czasem chwyta za gardło. Rozumiesz przez ulotny moment cel życia i sens powołania, i nagle wydaje się, że nie ma już nowych wyzwań. I nagle coś obumiera w środku. To zły próbuje zasiać niepokój odbierając nadzieję i podkopując wiarę. Przed mrokiem może wtedy obronić przede wszystkim wybór Boga jako Pana. Wybór Jego drogi. Wybór Jego fundamentu. To działa – wystarczy zaufać Panu!

Kościół to ludzie. To Twoja sąsiadka. To Twój kolega z pracy. To ja i pewnie wielu innych Twoich znajomych – obecnych w Twym życiu czy choćby w Internecie. I w tych trudnych czasach, kiedy tylu jest zgorszonych i obwiniających cały Kościół za haniebne czyny niektórych ludzi go współtworzących, stanowiąc skromny, jednostkowy głos tegoż Kościoła, mej umiłowanej Matki, jasno deklaruję – budujmy mosty pomiędzy nami, nawet jeśli czasem wydają się one nie do zbudowania i szukajmy drogi do zakopania podziałów, przełamania stereotypów, poznania siebie i zrozumienia. Nie wykluczajmy ze wspólnoty nikogo i nie potępiajmy człowieka, potępiając jednak wyraźnie czynione zło. Doświadczenie uczy, że przeważnie jest to możliwe. Wystarczy dobra wola wszystkich stron, odrobina czasu i głęboka świadomość własnych poglądów, przy równoczesnej otwartości na poznanie bliźniego i zrozumienie jego doświadczeń, poranień i niedomagań. Zawsze potrzebna jest też miłość do drugiego człowieka, bez względu na to kim jest i skąd przychodzi. Do miłości wezwała i powołała nas Miłość – to nasze pierwsze, podstawowe, zasadnicze powołanie oraz przykazanie, które powinno nas ukierunkowywać każdego dnia naszego życia. Żyjmy więc Jezusowymi błogosławieństwami, byśmy mogli żyć na wieki!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s