Subtelne listopadowe memento mori

Poprzedni tydzień naznaczyła śmierć. Majacząca gdzieś na horyzoncie, zbliżająca się, obecna. Niby zawsze to początek listopada myśl kieruje w stronę tych, którzy odeszli, jednak w tym roku Bóg z wolna sączy mi do serca ten temat, uczula, uwrażliwia, doświadcza. Nie, nie zmarł nikt mi bliski. Śmierć jednak odciska lub odcisnęła piętno na życiach bliskich mi osób. Także dalszych. Zaczęło się od Zaduszek z artystami,  czyli dorocznego koncertu u dominikanów na Służewie, podczas którego przywołuje się pamięć o tych, którzy odeszli – ludziach życia publicznego, kultury i sztuki, mając też w pamięci zmarłych z naszych rodzin. Pędziłem na ten koncert z Poznania, ze spotkania służbowego, i czułem, że gnał mnie do Warszawy Pan. „Na miękko” podał mi trudne tematy śmierci i pamięci, bym mógł je przyjąć ze spokojem.

Po koncercie dużo myślałem o perspektywie odchodzenia. O Rodzicach, którzy już są niemłodzi, dotknięci schorzeniami, bliżsi końca doczesnej wędrówki. Tato ze spokojem znosi trudny terapii, z uśmiechem, z zaufaniem. Jest żywą lekcją życiowej cierpliwości i stabilności. I to mimo faktu, że bywa furiatem. Widzę podobieństwo. Łączę, podobnie jak i on, wodę z ogniem. Chyba nawet bardziej ogień z wodą – różni nas właśnie ten przesunięty akcent. Pamiętam, że kiedy przeszło dwa lata temu leżałem w szpitalu, w którym znalazłem się nagle i niespodziewanie, nie wiedząc co dalej będzie i czy w ogóle jest jakieś dalej, Bóg również mnie obdarzył pokojem ducha i pogodzeniem z sytuacją. Nie wierzyłem, a On był ze mną i mnie wspierał. Nie opuszczał mnie humor, tak jak dziś nie opuszcza Taty. Mimo różnic, cieszę się z tych podobieństw, które budują link pomiędzy nami. Pan Bóg podarował mi Tatę, jakich mało! Nie zawsze to widziałam i nie zawsze to umiałem docenić. Dziś na szczęście coraz częściej mam tego świadomość. Coraz bardziej staram się o tym pamiętać i to okazywać.

Jest i Mama. Księga wspomnień. Serce bijące mocno. Żywa emocja w pełnej gradacji – od zwiewnego wicherka aż po szalejące tornado. Piękna w swym rozedrganiu, mimo że czasem, kiedy niczym halny, który schodzi z gór, przytłaczająca dzikością i niepohamowaną mocą. Łza i uśmiech. Wrażliwość podniesiona do potęgi. Prostota serca, która potrafi drażnić, ale w rzeczywistości często onieśmiela. Kolejny dar od Boga. Czysta miłość. Bez niej (mój) świat nigdy nie będzie taki sam. Stoi na razie dzielnie, niczym latarnia morska uderzana przez życia fale, ale widzę jak jej światło powolutku słabnie. Krząta się jak dawniej po domu, ale energii już mniej i sił nie na wszystko starcza. I smutek mnie czasem chwilowy ogarnia, mimo że przecież wierzę w życie wieczne. Jak to jest, że nawet kiedy człowiek wie, że śmierć to nie koniec, a w rzeczywistości kolejny początek, wciąż trzyma się kurczowo życia i perspektywę dalszą, co i rusz, traci z horyzontu?

Później był czwartek – mroczny przez obecność śmierci. Żona kolegi, która od niemal trzech tygodni zmagała się z ogromnymi problemami z ciążą, poroniła. Już środa zapowiadała ten moment, ale czwartek eksplodował smutną wiadomością. Długo rozmawiałem z kolegą. Jedna sytuacja, a silny facet staje się nagle cieniem. Odsunęliśmy kulturowo temat śmierci i w większości wypadków nie jesteśmy zupełnie przygotowani, by się z nią konfrontować. A przecież nie da się jej uniknąć! By żyć wiecznie, trzeba umrzeć tu, na tym świecie. Kiedyś śmierć była blisko, na wyciągnięcie ręki. Ciało zmarłego leżało w domu, nawiedzane przez domowników, przyjaciół i sąsiadów. Był czas, by oddać cześć i by pożegnać się przed wędrówką na drugą stronę. Był czas, by poczuć jedność żywych i współobecność tych, którzy już odeszli. Był czas, by wsłuchać się w symfonię życia i umierania – niezmienną, odwieczną, przykrą, ale i radosną zarazem.

I przyszedł wieczór – cotygodniowy czas kolacji na ulicy. Przyszedł Andrzej – ubogi znajomy. Zawsze elegancki i zadbany, tego dnia rozchełstany, z pokiereszowaną twarzą. Zasłabł i upadł. Ma raka. Jeszcze tydzień wcześniej opowiadał pełen nadziei o operacji, której miał się poddać na początku stycznia. Tym razem przybity stwierdził, że po kolejnych badaniach już wie, że operacja się nie odbędzie. Rak zżera go od środka. Przerzuty są wszędzie. Lekarze dają mu raptem trochę ponad kwartał życia. Rozmawiasz z żywym, który stoi nad przepaścią. Jedna noga jest już wyciągnięta w kierunku otchłani, ale druga wciąż mocno oparta na ziemi. Kiedy Andrzej powiedział, że najbardziej cieszy się, iż dane jeszcze mu będzie spędzić Święta z rodziną, a miał na myśli świąteczny obiad organizowany przez Wspólnotę Sant’Egidio, to prawie uroniłem łzę. Nie ze smutku – z radości. Moja radość była jedynie odbiciem tej, którą dostrzegłem w jego oczach.

Wczoraj wypadało 450-lecie karmelitów bosych – rodziny zakonnej, która dała Kościołowi pięknych świętych, rozkochanych w Bogu i prostocie życia. W poemacie „Noc ciemna” [Księga II, 12] św. Jan od Krzyża, który wraz ze św. Teresą z Ávili założył ów zakon, pisał o duchowej sytuacji człowieka. O nieszczęśliwa dolo naszego żywota! W jakim niebezpieczeństwie tutaj żyjemy i z jaką trudnością poznajemy prawdę! To, co jest najjaśniejsze i najprawdziwsze, wydaje się nam ciemne i niepewne. Uciekamy też od tego, czego najwięcej powinniśmy szukać. Idziemy za tym, co jest dla nas zrozumiałe i jasne, choć jest to dla nas najgorsze i na każdym kroku szkodliwe. W jak wielkim niebezpieczeństwie i niepewności żyje człowiek! Jego bowiem wzrok, który powinien był prowadzić do Boga, pierwszy uwodzi go i oszukuje. Jeśli więc chcemy być pewni drogi, musimy zamknąć oczy i wejść w ciemności. Wtedy dusza będzie bezpieczna od nieprzyjaciół, którymi są jej domownicy, czyli jej zmysły i władze! Śmierci nie należy się więc bać. Trzeba zamknąć oczy, by otworzyć się na Światło. Trzeba zostawić to, co doczesne, by spotkać się z tym, który jest wieczny.

Wspaniały jesteś Boże, że na każdym kroku darowujesz nam znaki – ludzi i zdarzenia, przez które do nas mówisz. Że uczysz nas na każdym kroku swych dróg. Że umacniasz nas tam, gdzie my czujemy lęk. Że wspierasz nas wtedy, kiedy my pysznie wierząc w siebie zawodzimy i nie dajemy rady. Pozwalasz dostrzec horyzont. Dajesz perspektywę. Jesteś obok, gdy grzesznik upada i podnosisz mnie do góry. Otrzepujesz z pyłu i kurzu, bym szedł z godnością naprzód. Wielki jesteś Boże w swej niezmierzonej subtelności. W poszanowaniu mojej wolności. W miłości, którą mnie obdarzasz. Życie mi dałeś i pozwól, bym nigdy nie trzymał się go kurczowo. Bym umiał poświęcić je, gdy przyjdzie taka potrzeba. Bym potrafił pożegnać się ze światem bez trwogi, kiedy nadejdzie już ten moment. I sił daj, Panie Boże, do towarzyszenia cierpiącym, umierającym, bliskich żegnającym. Niech się leje Twa miłość przeze mnie strumieniem wartkim. Przepełnij mnie nią tak, bym się w nią wtopił. I niezmiennie przypominaj mi tę podstawową prawdę, że koniec i początek zawsze łączy Miłość.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s