Noworoczne zawierzenie Panu Bogu

6/1/2019

Zbieram się do napisania tego wpisu od kilku dni. Wciąż jednak brakowało czasu, ale tak brakować czasu może zawsze! Od Świąt jestem na urlopie. Długim urlopie. W końcu takim normalnym – przede mną perspektywa jeszcze dwóch tygodni. Ostatni raz zrobiłem sobie tak długą przerwę w październiku 2015, więc zdecydowanie zbyt dawno temu, ale te lata to był czas biegu – świadomie wybrany, co wcale nie znaczy, że wymarzony, który z końcem 2018 roku, wcześniej niż zakładałem, doszedł do punktu przełomowego. Teraz każdy kolejny bieg staje się wyborem, a każda decyzja o starcie musi się wiązać ze świadomie wyrażoną potrzebą. To ogromny komfort. To komfort, na jaki nie mogłem sobie pozwolić od kilku lat. Ogromne mam w sobie pokłady wdzięczności, bo wiem, że gdyby Ojciec nie otaczał mnie swą troską, nic z tego nie mogłoby się udać.

Końcówkę roku, ten poświąteczny czas, spędziłem u mnichów. To był najlepszy prezent na świecie! Wyhamować w krótkim czasie rozpędzony do zawrotnej prędkości organizm, nie tylko poprzez przedurlopowe, związane też z końcem roku, zamykanie wszystkich prowadzonych projektów, ale także poprzez przygotowania do Świąt, w tym roku wzmożone, bo niejako podwójne, i wejść w Nowy Rok przepełniony spokojem oraz z poczuciem, że jest się we właściwym miejscu we właściwym czasie wydaje się wprost bezcenne. Bardzo polecam zanurzenie się, choćby tylko na chwilę, w świecie monastycznym każdemu, kto marzy o odzyskaniu ładu wewnętrznego. W prostocie tkwi siła czy jak mówi lubiane powiedzenie – mniej znaczy więcej. Do tego akatyst rozpoczęty grubo przed północą, płynnie przechodzący w Eucharystię, z Kyrie eleison wypadającym przy akompaniamencie fajerwerków – cud miód! I tak jak nie uważam, by emocje w wierze i jej przeżywaniu były (lub powinny być) czymś pierwszoplanowym, tak myślę, że pewien dreszczyk towarzyszący takiej chwili i takiej okazji jest po prostu miłym dodatkiem do całości.

W każdy pierwszy wtorek miesiąca Wspólnota Sant’Egidio modli się o pokój. W tym naszym podzielonym, skonfliktowanym wewnętrznie świecie uważam tę modlitwę za zasadniczy punkt wyjścia do prowadzenia wszelkich form dialogu o pokój, za bazę dla każdego chrześcijanina, który myśli lub chce myśleć o szerzeniu pokoju pośród ludzi. Modlitwa o pokój poszerza bowiem w pierwszej kolejności otwartość na drugiego człowieka, na inność, na odmienność. Kiedy wznosisz serce ku górze, by chwalić Boga, Stwórcę Wszechświata, w modlitwie „Ojcze nasz”, dostrzegasz oczywistą prawdę, że jest jeden Ojciec nas wszystkich – bez względu na wiarę, bez względu na odcień skóry i miejsce pochodzenia, w końcu też bez względu na stan portfela i jednostkową historię. Ojciec kocha w tajemniczy sposób na równi wszystkie swoje dzieci, nie dzieli nas na lepszych i gorszych, dla niego jesteśmy wszyscy tak samo ważni i tak samo cenni. Podczas tej modlitwy przypominam sobie te bazowe prawdy, które przecież tak ławo zepchnąć na dalszy plan, stawiając siebie albo innych na „odpowiednim” szczeblu drabiny społecznej. Dlatego chciałem modlić się ze Wspólnotą w Światowy Dzień Pokoju, który wypadł akurat w pierwszy wtorek miesiąca. Prosto więc z klasztoru, zostawiwszy tylko po drodze plecak w domu, pobiegłem do Kościoła Środowisk Twórczych na Plac Teatralny.

Już po modlitwie, skorzystałem z okazji, że byłem blisko rodzinnego domu i wpadłem na kolację. Jak co roku czekało na mnie, podobie zresztą jak na Tatę, noworoczne serce z piernika upieczone przez Mamę. Zależało mi, żeby złożyć Mamie życzenia z okazji 77. urodzin, które wypadały raptem za kilka godzin. Niestety nie miałem zbyt wiele czasu, bo rano wylatywałem, więc po kolacji czmychnąłem. Zupełnie nie chciało mi się pakować walizki, za to marzyłem całym sobą o chwilowej zmianie miejsca i krótkiej podróży w nieznane. Tego wieczora złamałem jeszcze swą zasadę, że pakowanie trzeba wysiedzieć, choćby to oznaczało dwie godziny snu i mimo że byłem w powijakach, koło północy udałem się do łóżka, nastawiwszy budzik na 4.00. Przyznam, że ledwo wstałem, ale na szczęście „jakoś” się udało! Jeszcze tylko golibroda o 7.00. Jeszcze tylko długi kurs taksówką na lotnisko, bo lot z Modlina. Jeszcze śniadanie na szybko przed odlotem. I w drogę! Teneryfo, witaj za kilka godzin.

Wymarzyłem sobie na początek 2019 roku kombinację idealną: góry, słońce, ciszę i przestworza na wyciągnięcie ręki, i życzenie zostało spełnione! Nie spodziewałem się niewiadomo czego, trochę też wybór miejsca był skutkiem wewnętrznego kompromisu (wszystkie wymienione powyżej aspekty, ale lot max. kilkugodzinny), ponadto wyobraźnia serwowała wielki kurort pełen wschodnioeuropejskich turystów, więc tym bardziej to, co widzę i przeżywam od kilku dni jest miłym zaskoczeniem i ogromną uciechą. Krajobrazy zjawiskowe, pogoda cudowna, bo słońce, ale bez upałów, ludzie przemili – mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Wycieczki górskie wspaniałe, bo na szlakach liczbę turystów oceniałbym w skali: od pustawo do bezludzie. Jedzenie też niczego sobie, a ja akurat lubię dobrze zjeść. Same plusy!

Tymczasem wczoraj przerzuciłem się na północ, do miasta San Cristóbal de La Laguna, kuszony wizją fiesty z okazji dzisiejszej uroczystości. Ulicami przetacza się Orszak Trzech Króli, jadących na wielbłądach, poprzedzanych niekończącym się potokiem roześmianych postaci pochodzących z tradycyjnych bajek i filmowych kreskówek, kolorowymi oddziałami wojsk w strojach niczym z „Baśni tysiąca i jednej nocy” oraz tancerzami, kuglarzami i orkiestrami. Istny raj dla dzieciaków, które dziś, zgodnie z lokalną tradycją, dużo później niż w Polsce, otrzymują świąteczne prezenty. Centrum miasta wypełnione jest ludźmi po brzegi. Wesoła karawana przyciąga całe rodziny. Królowie sypią na lewo i prawo garściami cukierków-galaretek. Wszystko profesjonalnie przygotowane, dodatkowo z tym „magicznym czynnikiem X”, którego nie da się sztucznie wyprodukować, czyli południową radością i żywiołowością. Jest oczywiście i druga strona tego zamieszania, czyli materializm i konsumpcjonizm, ale to znamy aż za dobrze z naszego podwórka, więc w obliczu pięknego wydarzenia, które na pewno dzieci wspominają z rozrzewnieniem przez resztę roku, wezmę dziś w nawias i pominę chwilowo milczeniem.

Przy okazji tego miejskiego święta uświadomiłem sobie jednak i inne rzeczy. Przyleciałem na Teneryfę sam, w pojedynkę – nie dlatego, że brak mi przyjaciół, z którymi mógłbym wyruszyć na wspólne wakacje, ale z potrzeby serca, by mieć trochę czasu dla siebie, na lekturę i na refleksję. Nie żałuję i nigdy nie żałowałem samotnych wyjazdów, tak jak i nigdy (szczęśliwie) nie żałowałem dotychczas wyjazdów ze znajomymi. Niemniej jednak zauważyłem wczoraj pewną zmianę we mnie. Poprzez zderzenie tego pierwszego okresu, spędzonego w górach na trekkingu, który wypełnił moje serce ogromną radością, z tym wczorajszym wesołym miejskim zamieszaniem, które również przysporzyło mi miłych chwil i uśmiech naturalnie wydobyło na twarz, uświadomiłem sobie, że choć kocham miasto z jego dynamiką, to jednak moje serce bije prawdziwie w tajemnicy ciszy. To tam spotykam się z Pięknem. To tam mam poczucie bycia w Prawdzie. To tam w końcu doświadczam Dobra. Tam jestem sobą, bo jestem najbliżej Tego, który mnie umiłował nim nawet zostałem poczęty do życia. Tego nie ma w miejskim szumie, gwarze i bałaganie, które kocham, bo jestem mieszczuchem nie tylko z urodzenia, ale i z wyboru. Nie znajduję tego w świecie przesyconym gonitwą za dobrami materialnymi. Nie doświadczam tego w rzeczywistości migoczących neonów, skrzących się biżuteryjnych błyskotek, pociągających swą intensywnością zapachów i dźwięków prostych, dla ucha przyjemnych, ale nie obiecujących nic więcej niż chwilowe podrygi. Cudownie jest poczuć, że wie się, gdzie się przynależy!

Nie zawsze tak było. Lata, spędzone z daleka od Boga, żyłem w zaprzeczeniu tej przynależności. Ciekawe jak człowiek działa w świecie, ponad którym jest świat nadprzyrodzony, gdzie ścierają się moce Dobra i zła. Przyszedłem z ciszy – z milczącej, ale żywej obecności Boga w świecie, z ministranckiej posługi podczas porannych Mszy świętych, w których brało udział raptem po kilka osób, z corocznych wakacji na Podlasiu w lesie, gdzie nie działo się nic, a działo się wszystko, w końcu z ciszy głośników, które bardzo późno wypełniła muzyka. Trafiłem do huku i zgiełku – do fabryki nowych ludzi, kutych przez media, studia i aktywistów, do warkotu miejsc modnych, targowiska próżności, popularnych wydarzeń, do świata głośnych klubów i ujadania nocy, skowytu niedojrzałych dorosłych, pokrzywdzonych przez świat i skazujących się na jeszcze większe cierpienie. To jest świadome przerysowanie, swoista karykatura, zabawa w ekstrema, bo przecież wiadomo, że prawda leży gdzieś pośrodku. Przecież nigdy nie jest się po prostu gdzieś – zawsze jest się gdzieś bardziej. Dane nam zadanie, pochodna otrzymanej wolnej woli, to ciągłe opowiadanie się w mikro i makro skali za Dobrem lub złem. Poszerzanie obecności każdego z nich w świecie. Przykładanie ręki do zmieniającego się układu sił – doraźnie, tu i teraz. Dziś znów jestem bardziej w ciszy i wiem, że ta cisza kryje w sobie obecnego Boga. Za tą ciszą jest Głos. Za Nim podążam.

Cały ten przydługi „wstęp” prowadzi mnie do krótkich noworocznych życzeń, bo właściwie o tym miał być ten wpis. Życzę nam, byśmy potrafili w 2019 roku żyć w zgodzie ze sobą, z tym prawdziwym ‚ja’, które nieraz świat potrafi przyodziać w różnorakie warstwy, projekcje, wyobrażenia, nie mające zbyt wiele wspólnego z tym ‚ja’ danym na początku. Byśmy potrafili w ciszy usłyszeć Głos, zachwycić się Nim i pójść za Nim. Byśmy umieli odrzucić to, co nie przynosi nam korzyści i wybrać to, co nas prawdziwie rozwija. Daj nam, Boże, siłę na każdy dzień. By mierzyć się z przeciwnościami, które pochodzą z zewnątrz, ale i z naszymi słabościami, które oddalają od Ciebie. By odkrywać Twoją drogę i nie bać się nią kroczyć. By w zgodzie z Twoją wolą realizować siebie na jeszcze większą Twą chwałę. Niech to będzie rok błogosławiony, rok zaufania i zawierzenia, rok pełen łask!

1 Comment

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s