O powołaniu – zawsze z pokorą i trwogą

12/2/2019

Zbierałem się od niedzieli, żeby napisać ten tekst, ale cały czas zajmowało mnie coś innego. W niedzielę postawiłem bowiem na przyjemność spotykań ze znajomymi, wczoraj zaś poddawałem się zabiegowi w znieczuleniu ogólnym, więc nie bardzo byłem w stanie zająć się innymi sprawami. Wysłuchanie i ponowna lektura niedzielnych tekstów liturgicznych prosi się jednak o komentarz, bo żyją one we mnie i kiełkują, a to znak, że Słowo przemawia z mocą.

Czytania, podobnie zresztą jak i Ewangelia, odnosiły się tej niedzieli do rzeczywistości powołania człowieka przez Pana Boga. Kiedy myślę o powołaniu w kontekście wiary, moja myśl w pierwszej kolejności biegnie, niejako automatycznie, w kierunku księży i ich powołania kapłańskiego. Utarło się, że zbitkę „odkryć w sobie powołanie” stosuje się synonimicznie do odkrycia, rozpoznania i wyboru drogi powołania do kapłaństwa. Z powołaniem do kapłaństwa kojarzone jest powołanie do stanu diakonatu. Szczególnie w Polsce, gdzie wciąż prowadzi najczęściej w następstwie do święceń kapłańskich, więc łączy się je z księżmi. Inaczej bywa w niektórych regionach świata, gdzie przybiera niejednokrotnie postać stałego diakonatu świeckiego – posługi sprawowanej przez żonatych mężczyzn, tworzących rodziny, lub też celibatariuszy, którzy nie odczuwają powołania do kapłaństwa i decydują się żyć jako świeccy.

Zaraz po tym przychodzi na myśl powołanie do życia w rodzinie – w łasce sakramentu małżeństwa. Dzisiaj to powołanie tak często jest zagłuszane przez letniość i brak stałości dwojga osób pragnących być razem, a także przez mylne rozumienie pojęcia wolności i powszechną niechęć do zaciągania zobowiązań, co w konsekwencji bardzo często prowadzi do cierpienia – nie tylko dorosłych, ale również dzieci. Plaga egoizmu, tak mocno zlepiona ze światem, w którym żyjemy, rozprzestrzenia się coraz bardziej – w zawrotnym wręcz tempie. Widać to na polu rodzinnym. Powszechnie występuje też nieuporządkowanie w życiu seksualnym – również w trakcie trwania związku małżeńskiego, zawieranego przecież w teorii świadomie i dobrowolnie. Małżeństwa rozwodzą się na masową skalę. Ludzie coraz częściej przedkładają własne dobro nad dobro rodziny, stawiając na szali stabilny rozwój dzieci.

Jest oczywiście także powołanie do życia konsekrowanego, którego doświadczają zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Ofiarowują oni swe życie w całości na służbę Bogu – w duchu rad ewangelicznych, w posłuszeństwie, rezygnując z dobrodziejstw świata materialnego oraz życia rodzinnego. Warto pamiętać, że w przypadku mężczyzn wybór drogi konsekrowanej niekoniecznie musi się łączyć z kapłaństwem. Życie konsekrowane jest trzecią akceptowaną od wieków formą powołania, objawiającą się w wielu szczególnych postaciach, zależnych od charyzmatu danej wspólnoty lub też od obranej ścieżki pustelniczej. Może mieć formę powołania zakonnego albo świeckiego życia konsekrowanego.

Wszyscy katolicy są powołani do życia w czystości. Do szeroko pojmowanej czystości od grzechu, a nie tylko i wyłącznie wstrzemięźliwości seksualnej, wezwani są zawsze ludzie młodzi. Istnieje także szczególne powołanie do celibatu świeckiego, jak np. w wypadku numerariuszy i przyłączonych prałatury Opus Dei. Szerzej, powołani do celibatu świeckiego to ci, których Bóg wezwał, aby kroczyli przez życie samotnie. Wszyscy oni, wraz z realizującymi wymienione wcześniej powołania, ubogacają Kościół i dodają kolorytu ludowi Bożemu – wewnętrznie zróżnicowanemu, pięknie polifonicznemu, kroczącemu wspólnie ku niebieskiemu Jeruzalem.

Mam mocne przekonanie, że powołanie powinno zawsze wiązać się ze służbą Bogu – bezpośrednio lub pośrednio, czyli poprzez służbę na rzecz innych ludzi, czego najprostszym przykładem jest małżeństwo i związane z nim służebne wzięcie odpowiedzialności za rodzinę. Ten aspekt służebny ujawnia się w wielu codziennych czynach i gestach, w wypowiadanych słowach, czasem też w okazywanych uczuciach. Jest drogą zakorzenioną w życiu i powołaniu Zbawiciela. Nie zawsze prostą i niepozbawioną wybojów – zawsze jednak wiodącą do celu, o ile tylko ktoś nie pomyli swego powołania z autosugestią i dojrzale odczyta znaki mu ofiarowywane.

I tu pojawia się jeszcze jeden aspekt, w moim odczuciu bardzo istotny w samym procesie odczytywania powołania i wyrażania zgody na ścieżkę, którą ukazuje Pan. Chodzi mi o pokorę. Ważna na co dzień, przy odczytaniu drogi życia pokora jest wręcz kluczowa. Widać ją u proroka Izajasza, u Szymona Piotra i u świętego Pawła. Izajasz dostrzega swoją marność i zanosi się krzykiem pełnym lęku i trwogi: «Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach, a oczy moje oglądały Króla, Pana Zastępów!» [Iz 5,6], a jednak kiedy Pan pyta: «Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?», odpowiada bez chwili zawahania: «Oto ja, poślij mnie!» [Iz 5,8].

Święty Paweł wspomina doświadczenie swojego życia w grzechu, odmienionego po powołaniu go przez Chrystusa do grona Apostołów [1 Kor 15,8-10]. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi. Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży. Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną. Dostrzeżenie znikomości własnej zasługi w zbawczym procesie obmycia z grzechu, i to grzechu strasznego, jakiego dopuszczał się przed nawróceniem Paweł, prześladując chrześcijan, ograniczającej się jedynie do powiedzenia „tak!” Chrystusowi, połączone z poczuciem niewspółmierności otrzymanego daru, a mimo to równoczesnym pokornym przyjęciem Bożej łaski i otwarciem się na jej działanie poskutkowało wspaniałym, świętym życiorysem, z którego do dziś czerpiemy obficie.

W końcu Łukasz Ewangelista przywołuje scenę z życia Apostołów [Łk 5,4-11], w której następuje wyraźna przemiana w Szymonie Piotrze. Gdy [Jezus] przestał mówić, rzekł do Szymona: «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!». A Szymon odpowiedział: «Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: «Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny». Piotr zarzuca sieci pokornie, niejako wbrew własnej logice i to przynosi efekty. Zresztą nie tylko doraźne – Jezus otwiera przed Szymonem Piotrem także nową perspektywę. Rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.

Przed obliczem Boga trzeba stanąć nagim. Zupełnie naturalnie, w pierwszym odruchu, kiedy człowiek uświadamia sobie, że właśnie tak ma postąpić, pojawia się zarówno strach, jak i trwoga. To jest trudne zadanie, bo dzisiejszy świat nakłania nas do pokazywania każdego dnia i w każdej sytuacji najlepszej wersji siebie, a stając nagim odsłaniamy każdy niedostatek i brak, każdą niedoskonałość. Wizerunek nadmuchany do granic możliwości stanowi obecnie normę, nie zaś niechlubny wyjątek. Media społecznościowe krzyczą i wyją doklejonymi uśmiechami, wyżyłowanymi ciałami i modnymi kreacjami. Magazyny kolorowe i telewizja pokazują ideały niedoścignione, ponadto sukces goni sukces, a odbiorców bombarduje się bodźcami – aż padną niczym chomik biegnący na kołowrotku. Pompuje się wnętrze i zewnętrzne. Dokonuje się oszustwa i manipulacji.

W rzeczywistości jednak będąc słabym, omylnym i grzesznym, przed Bogiem trzeba stanąć w całej swej ograniczoności, z całym swym brudem, bez ściemy i bez pudrowania. Nie ma innej opcji, jeśli chcemy się prawdziwie spotkać z Panem i pozwolić Mu działać w sobie. Bóg w swym miłosierdziu zmywa całe zło i w swej miłości tuli upadłego. Pięknie opisuje to prorok Izajasz [Iz 54,8-10], przypominając jak dobry jest Pan. W przystępie gniewu ukryłem przed tobą na krótko swe oblicze, ale w miłości wieczystej nad tobą się ulitowałem, mówi Pan, twój Odkupiciel. Dzieje się ze Mną tak, jak za dni Noego, kiedy przysiągłem, że wody Noego nie spadną już nigdy na ziemię; tak teraz przysięgam, że się nie rozjątrzę na ciebie ani cię gromić nie będę. Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą.

Na koniec taka nasuwa mi się refleksja, bezpośrednio wynikająca z niedzielnych tekstów liturgicznych: powołanie trzeba przyjąć z wiarą, pamiętając, że Pan Bóg nigdy nie pozwala skrzywdzić swoich dzieci. Miłuje nas i wspiera – pomimo naszych słabości. Wystarczy wyzbyć się schematów myślenia, odłożyć na bok własne chęci i pragnienia, mimo obecności lęku i trwogi, wsłuchać się w głąb, skierować swój słuch ku wnętrzu, a kiedy usłyszy się głos odbijający się echem w sercu – zaufać i podążyć za nim. Mimo trwogi, powiedzieć Bogu „tak!”. Właśnie tak widzę proces odkrywania, a później przyjmowania powołania: jako wędrówkę w stronę miejsca, gdzie spotykam Pana, będącą odpowiedzią na wędrówkę Boga w moim kierunku – wcześniejszą od mojej, odbytą pewnym krokiem i na żadnym etapie niezachwianą – od samego początku aż do samego końca.

1 Comment

  1. Powołanie, to nie tylko jakiś plan na życie. To głębokie zaproszenie do wspólnego życia. To wzywanie po imieniu, nazywanie po imieniu. Przed mymi oczyma stoi Izajasz, Szaweł oraz Szymon; człowiek, prześladowca i rybak.

    Izajasz widzi kawałek szaty okrywającej Boży majestat, a wokół rozbrzmiewa potężny głos wołający: Święty,Święty,Święty jest Pan… Cóż to za doświadczenie, by w świątyni słyszeć hymn pochwalny z ust Serafinów! Sam opis tego wydarzenia pobudza wyobraźnie. Przerażenie Izajasza jest tak ogromne, że staje w prawdzie: jestem nieczysty, mieszkam wśród takich ludzi, moje wargi są skażone, a widziałem Króla, któremu jest oddawana chwała. To uznanie siebie za niegodnego przebywania w Bożej obecności, a cóż dopiero powiedzieć o oglądaniu Pana. To pewnego rodzaju spowiedź przed samym Bogiem, która kończy się oczyszczeniem warg i serca. To oczyszczenie staje się początkiem powołania. To istotny moment życia każdego człowieka. Nawet święci przechodzą przed węgiel oczyszczający. Czysty człowiek może oglądać Najczystszego. Dlatego Izajasz jest gotowy na odpowiedź: Oto ja, poślij mnie! Bez zbędnych pytań: gdzie, jak, po co, na jak długo, jaka misja….? Bóg objawia człowiekowi swoją wolę.

    Paweł po krótce opisuje Chrystofanię. Jednak należałoby skoncentrować się na tym wydarzeniu jakiego sam doświadczył. Było to tak mocne, że zmienia się o 360` Dla mnie stał się autentycznym przykładem ludzkiej zmiany. Możliwe jest, że każdy z nas się zmieni. Należy w to wierzyć. Gdy Szaweł nawraca się, spotyka się z bardzo z bardzo wycofaną reakcją innych wyznawców Chrystusa. Jak On, który prześladował, niszczył i był w tym zatwardziały, może teraz głosić Ewangelię? Moje opinie mogą się reformować, dojrzewać. Oby nie było to na pokaz, ale realna metanoia.

    Ewangelia zaczyna się:”Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Jezusa…”. Ów „pewien raz” staje się codziennością, gdy do Jezusa lgnął tłumy. Codziennie zaprasza nas do siebie by karmić się Jego obecnością. Tu stykam się z pierwszym powołaniem Piotra – „Nie bój się, ludzi będziesz łowił…poszli za Nim”. Dobrze znane są dalsze etapy: Piotr staje się świadkiem uzdrowień, przemiany na Taborze, uczestniczenia w Passze, gorliwości w bronieniu Nauczyciela i w końcu wyszła prawda: „Kobieto, nie znam Go”, „Człowieku nie jestem jednym z nich”, „Człowieku nie wiem o czym mówisz” ! Powołanie jakby prysnęło, może przez kilka lat było fikcją, udawaniem, okłamywaniem siebie i innych? Scena zaparcia się Piotra kończy się słowami: Gorzko zapłakał. Jesteśmy zdolni do tego, by zdradzić ale i zapłakać. Choć często ten płacz już nic nie zmienia, stajemy przed sobą w prawdzie. Dostajemy czas na refleksję. U św.Jana w Ewangelii rozdz.21 jest jakby kontynuacja wydarzeń. Chrystus przychodzi, wyciąga na nowo rękę do Piotra, by obdarzyć na nowo zaufaniem i dać nowe powołanie. Doświadczony życiem uczeń śmiało rozpoznaje Pana i nie tylko wyznaje miłość, ale dodaje: „Panie, Ty wiesz o wszystkim”! Nawet o tym co przeżył! Nowe powołanie brzmi podobnie jak to pierwsze: PÓJDŹ ZA MNĄ! W tym przypadku powołanie nie zakończy się wyparciem Miłości, ale świadectwem aż po śmierć męczeńską.

    Wróćmy jeszcze do pierwszego biblijnego powołania. Bóg uczynił człowieka – hebr. Adam. Jego powołanie to rozmnażanie,panowanie nad ziemią, troska o nią. Ale Adam poszedł w innym kierunku i odrzucił zaproszenie Boga. Po grzechu, Bóg nie odrzucił słabego człowieka. Zaprosił go na nowo do swojego Życia, dając już inne zadania. Z Miłości oblókł nas w skórę, dał wsparcie, dał nowe powołanie które związane jest z trudem pracy.

    Bóg zawsze ma plan na to,co my zepsujemy! Powołuje z Miłości, do Miłości,dla Miłości, przez Miłość. Jestem jak owi biblijni przewodnicy: rybakiem, prześladowcą i człowiekiem. Oni stali się Apostołami, Świadkami i Prorokami. Teraz mój ruch, oby we właściwym kierunku!

    Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s