Ogołacanie siebie – przepis na dobre życie

5/4/2019

Właśnie mija miesiąc, od kiedy zamieszkałem w klasztornych murach. Intensywny ten czas. Treściwy. Na poziomie duchowym – wysokokaloryczny. Na poziomie emocjonalnym – odkrywczy. Na poziomie fizycznym – regenerujący. Pełen paradoksów, które w obliczu doświadczenia okazują się czytelne, niesprzeczne wewnętrznie, a wręcz nad wyraz logiczne. Im bardziej bowiem wchodzę w przepiękny świat ciszy, tym głośniej słyszę, co mówi do mnie Pan. Im dłużej biorę udział w rozłożonym na dni, tygodnie, miesiące wyhamowywaniu, tym rytm mojego życia staje się właściwszy i bardziej naturalny. Im mniejsza cela, w której mieszkam, tym pokój ducha o niebo większy. Im bardziej potrzeby ograniczone, a oczekiwania zminimalizowane, tym więcej otrzymuję w darze.

Dobrze mi tu. Pisząc tak, nie mam na myśli zewnętrznej warstwy, ani też tego, co widoczne i łatwe do opisania. Nie chodzi mi o skromne, acz godne warunki bytowe; o przyjazne relacje z dobrymi ludźmi, jakimi są moi domownicy, za których jestem Panu naprawdę wdzięczny; ani też o atmosferę modlitwy i przeżywanej szczerze wiary, z którą spotykam się na każdym kroku. Tu chodzi o to, co zakorzenione jest znacznie głębiej – o harmonijne zgranie się z melodią, którą Bóg gra w moim sercu; o dodanie od siebie czegoś, co być może pasuje do tego, co zastałem, a nie przyczynia się (i oby nigdy się nie przyczyniło!) do powstania zniszczeń czy choćby pęknięć; w końcu chodzi też o iloczyny w miejscach sum i nieustanne podnoszenie do potęgi – pomimo wpisanej w życie ludzkie tendencji do podbijania różnic i częstych zakusów, aby dzielić włos na czworo.

Przemówił dziś do mnie mocno fragment Reguły [68], który mówi o ogołoceniu i wyrzeczeniu się samego siebie. Asceza monastyczna wzywa cię także do ogołocenia. (…) Dojdziesz nawet do tego, że zaprzesz się własnego ja, (…) przeżywając najbardziej radykalne rozdarcie. I jeszcze drugi, dłuższy [70-71], mówiący o śmierci dla świata. To właśnie po to, by żyć prawdziwym życiem, mnisi i mniszki dobrowolnie wybierają śmierć! (…) Kto miłuje swe życie, straci je, a kto straci swe życie na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Chrystus umarł za ciebie dając ci przykład, abyś i ty szedł jego śladem. (…) Droga monastyczna wiedzie przez krzyż, nie przez zwątpienie o miłości, lecz dla większej miłości. Umieraj dla świata, aby otworzyć się na Życie! Umieraj zakusom Złego, aby wyjść na wolność! Umieraj samemu sobie, aby się na nowo narodzić! Piękne i prawdziwe – całkowicie zgrywa się z wewnętrznym przekazem.

Ten proces nie wydarza się z dnia na dzień – on trwa miesiącami, latami, dekadami. Wiem już, że aby ów proces przebiegał poprawnie, musi go napędzać Słowo. Życie Słowem. Doświadczanie każdego dnia Słowa. Wybrzmiewanie w Słowie i poprzez Słowo. Tego zaś nie da się przyjąć inaczej, jak poprzez ogołacanie siebie. Zasada działania jest prosta – im bardziej pokorny się okazuję, nie szukający swej racji, nie pędzący za pochlebstwami, tytułami i zachciankami, starający się za to być naprawdę ostatnim i sługą wszystkich, tym więcej miłości Bóg wylewa w moim życiu i większymi łaskami mnie obdarza. Im więcej też daję miejsca Chrystusowi, tym bardziej zaznaję radości płynącej z żywego kontaktu z moim Panem. A że mogę dostać jeszcze więcej, ofiarowując Bogu całe swe życie… Przedziwna to Droga. Czy moja? To się jeszcze okaże. Daj mi, Boże, jasność w rozeznawaniu Twej woli i odwagę, by przyjąć wszystko – bez względu na to, do czego mnie zapraszasz. Daj mi wielbić Ciebie każdą chwilą i chwałę przynosić Twemu Kościołowi – mej umiłowanej Matce.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s