Wielki Tydzień – czas wyboru

Od soboty jestem w Rzymie. Przyjechałem, by wraz ze znajomymi ze Wspólnoty Sant’Egidio – zarówno polskiej, jak i rzymskiej – obchodzić wspólnie Wielki Tydzień. Wczoraj zaczęliśmy, jeszcze w mocno okrojonym gronie, od Modlitwy o pokój. Dziś modlitwa w San Bartolomeo, czyli w powierzonej Wspólnocie Sant’Egidio bazylice św. Bartłomieja w Rzymie, gdzie spoczywają doczesne szczątki męczenników XX i XXI wieku. Żywy obraz Kościoła żywego śmiercią oddanych Bogu wiernych. Modliłem się już tam w styczniu. Piękne miejsce. Ważne. Pokazujące, że czasy męczenników to również nasze czasy. Są tam złożone także relikwie polskich świętych i błogosławionych, między innymi tak ważnego dla mnie Jurka Popiełuszki, którego wstawiennictwa mocno doświadczam w swym życiu.

Do Rzymu ściągnęła mnie jeszcze przed rozpoczęciem Wielkiego Tygodnia chęć niecodziennego przeżycia Niedzieli Palmowej. To dzień szczególny, w którym jako chrześcijanie radujemy się, że mamy swego Króla, wiedząc równocześnie i pamiętając, że za moment zostanie On zabity – że za moment będziemy go przybijać gwoźdźmi naszych grzechów do krzyża i przyłożymy ręki do Jego śmierci. To my zabijamy swego Króla. To ja jestem jednym z królobójców – przypominam sobie tę prawdę, którą przecież tak łatwo od siebie odsunąć, by z właściwym zrozumieniem przejść nie tylko przez ten okres Wielkiego Tygodnia, ale też przez całe moje życie.

Wspaniały to był weekend, gdyż pierwszą liturgię Niedzieli Palmowej, wraz z Sant’Egidio, tradycyjnie dla Wspólnoty, obchodziłem już w sobotni wieczór. Pełna bazylika Santa Maria in Trastevere, ludzie machający gałązkami oliwnymi i śpiewający piękne pieśni, śpiewane ten jeden raz w roku, uwypukliły świąteczny charakter liturgii i dobrze nastroiły na cały mój pobyt. Ważne było też spotkanie znajomych. Przecież o tym między innymi jest to nasze życie – o ciągłym spotykaniu Miłości w relacjach. Miłości królującej. Miłości triumfującej, choć uniżonej. Z Gosią, studiującą teraz w Rzymie, poszliśmy po Mszy na kolację. To również był bardzo dobry czas – rozmowy, radości, wchodzenia w rzymską rzeczywistość. I była oczywiście pizza, więc naprawdę więcej mówić nie trzeba!

Nie siedzieliśmy długo, bo rano mieliśmy w planie pójście na San Pietro na Mszę papieską. Tradycyjna, podniosła, ale też bardzo piękna liturgia, różniąca się od tej z dnia poprzedniego, ustawiła całą niedzielę. Cieszę się, że mogłem tam być. Modlić się w Watykanie, wraz z tysiącami wiernych z całego świata, którzy zjechali do Rzymu z tej okazji. Być namacalnie częścią Kościoła powszechnego, który nie zna granic narodów ani państw. Który łączy bicie serc wielu i który bije właściwym rytmem, napędzany tchnieniem Ducha Świętego. Kościoła, który przeżywa w Europie, w Polsce, ale i na świecie trudny czas, pokutując – w miażdżącej liczbie przypadków słusznie – za swe przewinienia, przejawy słabości i zaniedbania, a jednak niesie skutecznie przez wieki, chroni i zachowuje depozyt wiary (tuitio fidei). Od świętego Piotra aż po dziś, po papieża Franciszka, trwa nieprzerwana sukcesja apostolska. Wikariusz Chrystusa na ziemi prowadzi lud Boży do Ojca, zapatrzony w żywot Króla, otwarty na działanie Parakleta.

Po Eucharystii na Placu Świętego Piotra pojechaliśmy rozdawać palemki, czyli gałązki oliwne, w okolice, gdzie znajduje się Villa Torlonia. Potem wróciłem do sióstr na Palatyn, by spędzić w końcu trochę czasu w miejscu, które stało się w tych dniach moim domem, a ja w swoim biegu, nie zdążyłem jeszcze wówczas tego tak naprawdę poczuć. Poznałem też jedynego brata, przebywającego w Rzymie. Zapytał czy będę później, na wieczornej liturgii? Jakoś z automatu powiedziałem, że nie, bo byłem już na San Pietro. Minął czas lectio, minął czas adoracji, a mi wciąż w głowie pobrzmiewało w głowie tamto pytanie i moja odpowiedź. I nagle olśniło mnie: wcześniej nic tak naprawdę nie zrozumiałem! Dostrzegłem, że moje miejsce jest właśnie na tej wieczornej, kameralnej Eucharystii. Pojąłem, że ta obchodzona w małym franciszkańskim kościołku liturgia, mimo braku fajerwerków, jest właśnie tą, w której mam wziąć udział i którą mam przeżyć wspólnie – z akcentem na tym ostatnim słowie. Ależ durny bywam… Boże, jak to dobrze, że mi to pozwalasz sobie uświadamiać – w tak delikatny sposób – i dajesz sposobność, by czasem coś uchwycić.

Lekcja wyniesiona z niedzielnego wieczora zaowocowała dobrym poniedziałkiem. W początek Wielkiego Tygodnia wszedłem niespiesznie. Pobudka o 4.30. Spokojne wejście w dzień. Modlitwa o 6.00 – wraz z siostrami. Nagle odzyskałem głos, bo poczułem pokrewieństwo. Tak jak każdy ma głos, który przyporządkowuje go do konkretnej grupy głosów, tak i nasze serca brzmią w konkretny sposób, przyporządkowujący nas do innych ludzi – czujących, myślących i przeżywających duchowość w podobny sposób.  W końcu jesteśmy powoływani przez Tego, który nas stworzył – sęk w tym, by usłyszeć, do czego nas wzywa. Pogodna Grazia powiedziała mi wczoraj mądrą rzecz: będziemy małym Kościołem, będzie nas mało, więc tym bardziej będziemy musieli się uzupełniać i budować mosty pomiędzy wspólnotami, tak abyśmy zjednoczeni stanowili znak dla podzielonego świata. Myślę tak samo. Sant’Egidio mnie tego uczy. Księga Życia mnie w tym utwierdza. A przede wszystkim zaprasza mnie do tego Słowo – żywe, obecne, przemieniające mnie co dnia.

Przedpołudniowy czas wykorzystałem na spacer w okolicach Via Nazionale oraz na wizytę u Stefanii, o której bezsprzecznie mogę powiedzieć: mia mamma italiana. W takich spotkaniach wyrażam swą miłość i w nich przyjmuję też miłość innych. Dzięki Ci, Panie, że dałeś i dajesz mi wciąż pięknych ludzi na drodze. Dodają memu życiu smak – zbilansowany, a wyraźny. Wczoraj Jezus odwiedzał swoich przyjaciół w Betanii [J 12,1-3]. Świętowali. Ucztowali. Jezus został namaszczony drogocennym olejkiem nardowym. Tak przyjmują się przyjaciele. Goszczą. Dzielą się. Obdarowują miłością. W sercu świata, w którym trwasz, wolny wobec wszystkich bądź wszystkim dla wszystkich [75]. Tylko tak można budować jedność – dając siebie w pełni. Tylko tak można słać drogę dla przybywającej do Jeruzalem Miłości.

Dźwięki wiwatującego tłumu już ucichły. Nadszedł właśnie czas zmierzenia się z tym, kim jest nasz Król? Teraz jest czas nawrócenia. Możemy radować się i weselić, antycypując zmartwychwstanie. Możemy też poddać się szeptom złego, który będzie nas namawiał, aby odrzucić pokornego Króla, uniżonego Władcę, łagodnego Baranka bez skazy, i by podążyć za nim, królem kłamstwa, na szczyty świata – po śmierć, po chaos i po wieczny smutek.

Nadeszły dni wyciszenia i refleksji. Dni wyboru – opowiedzenia się za Jezusem i przyjęcia płynącej z tego wyboru odpowiedzialności za Jego krzyż lub też odwrócenia wzroku od niosącego na swych barkach ciężkie drzewo krzyża Zbawiciela, na którym wyzionie ducha. Pierwszy wybór wiąże się z trudem, ale i z nagrodą. Drugi wybór jest łatwy i przyjemny, ale na końcu wędrówki będzie płacz i zgrzytanie zębów [Mt 13,42]. Oliwna gałązka, spoczywająca koło ikony Chrystusa, przypomina mi czyj wjazd do Jerozolimy świętowałem i czyje panowanie pragnę świętować po kres moich dni. Daj, Panie, siłę i odwagę, by nieść wraz z Tobą ten krzyż. By nie bać się trudu wędrówki i upadków pod jego ciężarem. By przyjąć moją własną odpowiedzialność za Twoje cierpienie i z wdzięcznością odpowiedzieć na Twoją miłość. Mój wybór to Chrystus – mój Pan, mój Zbawiciel, mój Król. Daj, Boże, umrzeć nie zwątpiwszy i wskrześ do życia w Jeruzalem.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s