Wielkanocne odkrycie przynależności

22/4/2019

Cristo è risorto! È veramente risorto! Prawdziwie zmartwychwstał nasz Pan! Oto mamy czas świąteczny. Oto Chrystus powstał z martwych i nakreślił nowy czas – czas zbawienia. Miniony Wielki Tydzień i czas Triduum Paschalnego wiele mi uświadomiły, a jeszcze więcej pozwoliły mi usłyszeć, tak że wszedłem w te Święta z sercem nowym, gorącym, bijącym mocniej, bo zwróconym bardziej ku Chrystusowi. Z poczuciem przynależności – do Boga i Kościoła. Napełniony duchem wspólnoty, przeżywanej pięknie, bo całościowo – ze wszystkimi jej blaskami i cieniami, zarówno tej z którą szedłem przez Wielki Post, ale i tej, z którą szedłem w ostatnich przedświątecznych dniach. W Wielkanoc zaś zrozumiałem, gdzie jest moje miejsce – przynajmniej w pewnym stopniu, ale to i tak bardzo dużo.

Po ponownym uświadomieniu sobie w niedzielne popołudnie przed tygodniem, gdzie prawdziwie bije moje serce, miałem okazję zasłuchać się w tym odkryciu, zaczerpując głęboki oddech, robiąc dzień wyciszenia, uspokajając rytm, odcinając na chwilę zewnętrzne bodźce. Było mi to bardzo potrzebne. O ile Wielki Post stanowił w tym roku solidny fundament, to tamte dni sprzed tygodnia były jak utwardzacz i utrwalacz – cementujący wcześniejsze przeżycia i pokazujący dalszą perspektywę. Jakbym słyszał: na tym buduj! Pozwoliłem tej intuicji rosnąć we mnie. Dziś dopiero wybrzmiała w pełni, kiedy chwilę przed Eucharystią, po adoracji Najświętszego Sakramentu, rozległy się organy, a ja nagle doświadczyłem, że jestem u siebie. Jak w życiu raczej rzadko płaczę, tak dziś uroniłem kilka łez. Na trzy – uświadomiwszy sobie, że jestem we właściwym miejscu, zrozumiawszy poprzez zasłuchanie w Słowie, ile otrzymałem i otrzymuję, i w końcu przyjąwszy Pana Jezusa. To wszystko były łzy oczyszczające, wyjątkowo radosne i pełne wdzięczności. Kocham i wielbię Cię, Boże, za tyle łask, którymi mnie obdarowujesz!

Nim jednak dziś domknęło tamto popołudnie i wieczór Niedzieli Palmowej, jeszcze w Rzymie miało miejsce wiele innych zdarzeń. Od wtorkowego popołudnia wszedłem bowiem w inny świat – świat Trastevere, tj. Zatybrza, ale przede wszystkim świat Sant’Egidio. To był piękny czas! Czuję się mocno związany ze Wspólnotą. Nie tylko daję, ale bardzo dużo też dostaję. Te dni to tylko potwierdziły. Liczba spotkań, konferencji, rozmów grupowych i indywidualnych, ale przede wszystkim liturgia i czas modlitwy nasyciły mnie bardzo. Wiele mądrych słów padło w tym okresie. Andrea Riccardi mówił o Chrystusie wyciągającym do nas ręce z krzyża – spomiędzy drutów kolczastych obozów dla uchodźców na Lesbos, spomiędzy zniszczeń po przejściu cyklonu Idai w Mozambiku, szczególnie zniszczeń w mieście Beira, z zakątków naszych miast, które zasiedlają bezdomni i ubodzy. Marco Impaglizzo mówił o wewnętrznej sprzeczności zwrotu „tożsamość chrześcijańska”, kiedy jesteśmy jako chrześcijanie – szczególnie w tym trudnym, podzielonym świecie – wezwani do wyznawania jednej tożsamości: dzieci Bożych, ludzi, to znaczy obrazów Boga – bez względu na religię, rasę, płeć czy inne wyróżniki.

Ogromne wrażenie zrobiło na mnie środowe nabożeństwo obmycia nóg – niejako powtórzenie wielkoczwartkowego obrzędu, ale jakby urealniające ten symbol, bowiem w tym wypadku nie kapłan obmywał nogi wybranym dwunastu, ale każdy w kościele dawał sobie obmyć stopę i sam ją komuś obmywał. Cudowny gest – pełen uniżenia, pełen pokory, pełen miłości. Realizujący wezwanie Chrystusa, byśmy sobie wzajemnie obmywali stopy: Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi [J 13,14]. Ukazujący inny wymiar tego wezwania, zazwyczaj kojarzonego przede wszystkim z potrzebą niesienia sobie nawzajem pomocy – ukazujący wymiar służebny. Tę służebność mamy realizować w każdej relacji, z każdą osobą, bez względu na otaczające okoliczności. Zostanie ze mną ten gest i jego wymowność. Dobrze jest uklęknąć przed kimś, by móc przypomnieć sobie, że jesteśmy stworzeni, by na podobieństwo naszego Pana, służyć innym.

Wymowne były także wieczory – wielkoczwartkowy i wielkopiątkowy, kiedy Chrystus nawiedzany jest w kościołach. Sepolcri, czyli Groby Pańskie – nieco jednak różniące się od naszych, bo mniej artystyczne, bez nawiązań do historii czy współczesności, a tym samym nieodciągające uwagi od sedna, ponadto łączące wymiar Ciemnicy i Grobu Pańskiego, dają już od Wielkiego Czwartku szansę znalezienia wyciszenia i oddania się refleksji. Człowiek spotyka się z Chrystusem, który jest pojmany, sądzony, katowany, krzyżowany, umierający i spoczywający w grobie. To Spotkanie cechuje głębia ciszy. Kontekst jednak krzyczy – otwarte drzwi kościołów dopuszczają miejskie dźwięki, co na turystycznym, wiecznie wesołym, pełnym restauracji, kawiarenek i pubów Zatybrzu jest bardzo zintensyfikowane. Ma się wrażenie, że jest się w Jerozolimie przed dwoma mileniami. Tamto miasto przecież też żyło, kiedy rozgrywały się dramatyczne ostatnie chwile życia Mesjasza. Ktoś z pewnością imprezował albo biesiadował. Ktoś kupczył. Ktoś spieszył się, by załatwić swe „ważniejsze” sprawy. Ktoś wkurzał się, że katorżniczy przemarsz naszego Pana tamuje ruch i nie da się przejść. Ktoś gapił się i nie widział. Ktoś słyszał zgiełk, ale nie słyszał ciszy, którą był ten rumor podszyty. Poczułem się jak w domu – w oazie na pustyni miasta. Cisza w zgiełku. Światło wśród ślepych. Słowo wśród głuchych.

Wielkopiątkowa Droga Krzyżowa była w rzeczywistości rozważaniami nad kolejnymi fragmentami Męki Pańskiej. Ogrody pasjonistów nieopodal Colosseum, z widokiem na Rzym, stanowiły doskonałą scenerię dla nabożeństwa. Zwyczajność przecinająca się z niezwyczajnością. Ponadczasowość tej rozgrywającej się na nowo i wciąż na nowo opowieści, która jest końcem i początkiem – Pana, który jest alfą i omegą, Życia, które umarło, by zmartwychwstać. Później jeszcze liturgia Męki Pańskiej, która mnie poruszyła. Adoracja Krzyża Świętego kompletnie mnie wzruszyła. Mam ogromne pokłady wdzięczności w sobie wobec mego umiłowanego Zbawcy, że zaniósł na drzewo hańby, cierpienia i śmierci moje grzechy, i mi je darował. To jest właśnie Miłość – większa niż cokolwiek innego. Dlatego – na wzór tej Miłości – ma sens największe i pierwsze z przykazań, jakie zostało nam dane. Kochaj. Tego pragnę całym sercem!

Przywołuję tu tylko pojedyncze zdarzenia, ale pragnę pozostawić ich wspomnienie. Wieńczącą je celebracją była oczywiście Wigilia Paschalna. Przeżywana w gronie ludzi, którzy kochają Boga i służą Mu służąc innym, szczególnie tym naprawdę potrzebującym, była prawdziwie radosna i krzepiąca. Włoska pogoda ducha i radość udzielała się, ale też jaśniała w każdym jej elemencie. Kwintesencja był znak pokoju – wyraz prawdziwej potrzeby serca, co można było naprawdę odczuć. Trwał długo, bo każdy chciał wyjść sobie naprzeciw – również celebransi.

Serdeczne uściski domknęły niejako refleksję o dotyku, która kwitła we mnie od Wielkiej Środy. Jesteśmy nie tylko duchem, ale też ciałem, w którym dodatkowo buzują emocje. Łatwo o tej komplementarności niekiedy zapomnieć. Istnieją, dziś chyba szczególnie, dwie skrajne pokusy. Z jednej strony: zupełne zapomnienie o duchu i radykalny kult cielesności – pustej, skoncentrowanej na sobie, a w rzeczywistości wypaczanej i brukanej, do tego często głupio rozerotyzowanej, przeżywanej bez miłości, bez szacunku i bez godności. Z drugiej strony zaś: pokusa oderwania się niejako od ciała – uduchowienia każdej chwili, przy równoczesnym zapomnieniu, a czasem wręcz wyparciu własnej cielesności. Ciągłe i nieustanne przypominanie przez wielu o tym, co z ciałem robić można, a czego już nie wypada pewnie też się do tego przyczynia. A przecież ciało, podobnie jak i dusza, powinno zostać uświęcone. Dotyk – ten zdrowy, pozbawiony wypaczeń, serdeczny, braterski, na wzór dotyku Miłości – jest każdemu z nas potrzebny. Takim (chciałoby się rzec świętym) dotykiem jest właśnie owo obmycie stóp, ale także znak pokoju. Taki dobry dotyk jest potrzebny też poza liturgią – na znak sprzeciwu wobec zła, obdzierającego nas z niewinności. Mówię to, mając świadomość zła, do którego i ja przyłożyłem w swym życiu rękę. Dzisiejszy świat potrzebuje świętości, a świętość obejmuje całego człowieka – w ciele, w duchu, w strefie emocji. Tylko zintegrowane przeżywanie tych stref w zjednoczeniu z Bogiem może dać człowiekowi prawdziwe szczęście.

Chrystus uświęcił swe ludzkie ciało i zmartwychwstając pokazał, że i my mamy to czynić. Dzięki Ci, Panie, że mi w tym pomagasz. Chroń, abym nie zszedł z obranej Drogi. Żywy, zwycięski, dziś triumfujący prawdziwie odmieniaj nie tylko moje życie, ale także życie moich braci i sióstr w wierze, i wszystkich, którzy jeszcze nie poznali prawdy, że to Ty jesteś Bogiem pokonującym śmierć. Światło, które rozświetlasz mrok, któreś zeszło do Otchłani i stamtąd mocą Bożą powróciłoś do świata żywych, któreś się stało drogowskazem i Drogą, świeć jasno i mocno, by każdy człowiek mógł Cię odkryć i podążyć za Tobą. Bądź uwielbiona Przenajświętsza Krwi i Ciało, umęczone, obumarłe, a powstałe z martwych i żywe, dane nam po kres czasów – jako pokarm i wzmocnienie. Przemienieni idziemy za Tobą. Trochę bardziej nawróceni wsłuchujemy się w Słowo.

Jezu Chryste – Zmartwychwstały Panie, pokorny Królu, zwycięski Mesjaszu – w te Święta bardziej niż kiedykolwiek czuję Twą obecność i przypominam sobie jak pociągnąłeś mnie niegdyś podczas Wielkanocy ku sobie, i pociągasz już co rok dalej, bliżej, mocniej, ale też bez pośpiechu, bez presji, bez wrzucania na bary ciężarów zbyt ciężkich, bym mógł je udźwignąć. Kocham Cię, Panie, i czuję się kochany. W te Święta pragnę Wam, drogie siostry i bracia zza ekranu, życzyć doświadczenia w życiu tej wielkiej i wspaniałej Miłości. Chrystus prawdziwie zmartwychwstał! Alleluja!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s