Zasłuchać się w żywym Słowie, aby żyć

24/4/2019

Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. Przywołany tekst [Łk 24,13-16] to fragment rozpoczynający Ewangelię czytaną dziś podczas Eucharystii. Uczniowie mkną daleko od Jerozolimy, poruszeni wydarzeniami ostatnich dni, a oczy ich są jakby za mgłą. Rozprawiają o tym, co się wydarzyło, jednak w rzeczywistości ślizgają się tylko po powierzchni zdarzeń. Są skoncentrowani na sobie – na swych emocjach, na własnych przeżyciach, na niespełnionych nadziejach. Idą wraz ze swym Zbawicielem, ale nie potrafią Go rozpoznać.

Patrzę na ostatnie dni, nawet tygodnie, i myślę czy nie jestem takim uczniem zmierzającym do Emaus? Czy moje oczy nie są przesłonięte? Czy może ja nie koncentruje się czasem za bardzo na tym, czego ja doświadczam, a mnie na Panu? Jest w tych doświadczeniach moc, więc nic też dziwnego, że moja myśl mknie ku nim. Widzę działanie Boga w moim życiu. Widzę jak bardzo mnie przemienił, mimo że czasem się opierałem. Integrował. Działał z tym, co wydawało się niemożliwe do przemiany. Zawsze miał sposób! Nigdy nie uczynił nic na siłę, a jednak zdołał mnie uwrażliwić na Siebie i przygotowywał solidnie oraz sumiennie na każde drobne „tak”, które później wobec Niego wypowiadałem. Nie mogę się nadziwić! La forza debole (słaba siła), która skutecznie oddziaływuje. Miłość, która nienachalnie zaprasza. Wolność, która przyciąga – niejako poprzez kontrast do nakazów oferowanych przez świat.

Jak bardzo jednak wewnętrzny wektor jest skierowany na Boga, a jak bardzo na mnie? Mówię często – mnie przemienił, mnie przyciągnął, mnie kocha, mi ufa, mi daje wiele wspaniałych darów i mnie obdarza licznymi łaskami. Niby to o Nim, a jednak jak bardzo pierwszoplanowo brzmi owo „mnie”… I tak sobie myślę: a co ja za to wszystko daję Bogu? Czy moja modlitwa jest wystarczająca? Czy moje akty miłosierdzia wobec bliźnich są naprawdę adekwatne do tego, co otrzymuję? Czy miłość, jaką obdarzam innych, ale i jaką obdarzam Boga jest chociaż odrobinę podobna do tej, którą ja jestem obdarzany? Czy w końcu każdą chwilę mego życia potrafię poświęcić Panu, tak jak On mi poświęca? Różnie z tym bywa… Nieraz czuję się blisko i widzę, że żyję w mocnej łączności z Panem. Wtedy radość wypełnia każdą komórkę – całym sobą czuję, że żyję, że kocham, że prawdziwie jestem. Innym razem oddalam się – wcale niekoniecznie jakoś bardzo daleko – i wtedy pojawia się pustka w sercu.

Jak więc skutecznie umrzeć w sobie i stać się formą, którą Ty, Panie, będziesz mógł wypełnić i posłać? Jak służyć Ci bez przesłoniętych oczu? Jak je odsłonić? W odpowiedzi słyszę, by jeszcze intensywniej zwrócić się ku Słowu. Stamtąd płynie harmonijna melodia, która definiuje każdą kolejną scenę mego życia. Bez niej to życie traci sens, a na pewno nie wybrzmiewa w pełni. Jest jak niezrealizowany zamysł twórczy, a właściwie lepiej powiedzieć: niezrealizowany zamysł Stwórcy. Wierzę bowiem, że w swym zamyśle miał Bóg stworzenie człowieka przepełnionego Słowem, to znaczy przepełnionego Miłością. Przebóstwionego. Ikonę Boga. Czymże bowiem jesteśmy, kiedy nie słyszymy w sobie słów Miłości? Milknącym echem. Słabnącym dźwiękiem. Przemijaniem. Entropią.

Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?» W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: «Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi». Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba.

Końcówka Ewangelii o uczniach idących do Emaus [Łk 24,30-35] napawa ogromną nadzieją. Aby zasłuchać się w Słowie, trzeba zasiąść z Jezusem do stołu i dać Panu połamać chleb. Trzeba przestać słuchać siebie i zacząć słuchać Jego. Trzeba poznać Słowo, a kiedy już to się stanie, należy wyruszyć w Drogę, tak aby nieść Dobrą Nowinę na krańce świata. Nie pójść, ale natychmiast, w tej samej godzinie, wybiec. Bez wahania. Bez lęku. Bez koncentracji na swych emocjach, na swych przeżyciach, na swych nadziejach. O to dzisiaj Cię, Panie, proszę. Daj słudze Twemu zasłuchać się w żywym Słowie, abym żył.

1 Comment

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s