Twój-mój przepis na przeżywanie wiary

29/4/2019

Najmilsi, Nowina, którą usłyszeliśmy od Niego i którą wam głosimy, jest taka: Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności. Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą. Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, wtedy mamy jedni z drugimi współuczestnictwo, a krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu. Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki.

Święty Jan dziś [1 J 1,5-2,2] jak zwykle w punkt! Cenię bogactwo jego przekazu, dogłębny namysł Apostoła oraz fakt, iż treści, które podaje są naznaczone doświadczeniem, własnym przeżyciem, do tego są dokładnie zmetabolizowane i ukazane już jako esencja. Dla mnie czuć w nich też nieomal namacalnie moc działania Ducha Świętego. Ewangelista rzuca dziś światło na prawdę życia chrześcijańskiego – prawdę życia w codzienności. Spod spisanych przez niego zdań oznajmujących wychyla się nieśmiało pytanie o moje własne życie. Pytanie, które ostatnio powraca często. Pytanie, które sprawiło, że przystanąłem, by móc się nad nim porządniej pochylić.

W środę w oktawie Wielkanocy, trochę nawet dla mnie samego zaskakująco, bo przecież właśnie z radością i zaangażowaniem przeżyłem czas przygotowania do Świąt Zmartwychwstania Pańskiego i wszedłem w ich rzeczywistość, zadawałem już część pytań, które składają się na to zasadnicze, ostatnio mnie nurtujące. Pytanie wydaje się być skierowane ku przyszłości, ale w rzeczywistości jest pytaniem o teraźniejszość: w jaki sposób być we właściwy dla mnie sposób chrześcijaninem w codzienności? Już wiem, że umierając w sobie i dając się przepełnić Miłości. To, co na razie jeszcze badam, to jakimi środkami to zrobić? Mam już parę intuicji. Można powiedzieć: składniki przepisu już są, ale wciąż szukam czy może raczej – próbuję uchwycić te właściwe proporcje, które zgrywać się będą ze smakiem Bożym, w konsekwencji tworząc mój własny smak – naturalny, niepowtarzalny, właściwy. To jak ze smakami dzieciństwa – „szarlotka mojej Mamy jest najlepsza”. Pan Bóg nauczył mnie smaków typowych dla naszej relacji, a teraz ja mam przygotować codzienny posiłek, którym zanim nakarmię innych, nakarmię sam siebie, próbując nadać temu pokarmowi dla ducha tenże znany – ów najlepszy – smak.

Modlitwa. Jest kluczem do wszystkiego. Nią rozpoczyna się i kończy moja relacja z Panem. To jest baza dla wszystkiego innego. Esencja smaku. Wywar na zupę – ten posiłek codzienny, pożywny, treściwy, sycący, ale prosty, nieprzekombinowany, niespecjalnie też wyszukany. W modlitwie, to jest w moim Spotkaniu z Bogiem, otrzymuję miłość. Otrzymuję pokój. Otrzymuję radość. To, co w niej wkładam do kotła mojej przyjaźni z Panem, nie zawsze jest doskonałe, czasem poleżało zbyt długo, niekiedy wydaje się na granicy przydatności, ale to, co z niej wychodzi, jest pyszną esencją, właśnie tym pożywnym wywarem – odmienionym, wypalonym, oczyszczonym, a w końcu też rozświetlonym przez ogień Miłości. Modlitwa to bazowe ciasto, utworzone z sypkich słów, spojone żarliwością serca, zarumienione właśnie przez ogień Słowa. Modlitwa ubogaca sens mojego chrześcijańskiego życia. Bez niej nie czuję się sobą. Nie przeżywam swej wiary właściwie. W zabieganiu i w intensywności planu każdego dnia podczas mojego ostatniego pobytu w Rzymie mocno dotarło do mnie, jak bardzo modlitwa stanowi dla mnie codzienną bazę. Znajdowałem na nią czas i to porządkowało wszystko wokół. Jej brak ukazywał bezsens biegu. Jej obecność wypełniała każde działanie Bożym Duchem.

Praca. Nie pomyślałbym nawet, że poprzez codzienne obowiązki mogę stawać się głębiej chrześcijaninem… Tutaj, patrząc na swoją przeszłość, widzę swoistą dwoistość. Z jednej strony w swej pracy zawodowej często bywałem pracoholikiem. Z drugiej strony sferę obowiązków codziennych oddawałem przez lata innym, korzystając z usług, będąc wygodnym, a czasem wręcz wygodnickim. Mam teraz cały zakres codziennych obowiązków, które okazują się trzymać nie tylko w ryzach moje życie, ale wprost trzymają mnie samego w ryzach. Uczą mnie konsekwencji. Uczą mnie przykładności. Uczą mnie doceniania tego, co otrzymuję od Pana. Wzbudzają też w konsekwencji wdzięczność – wobec Boga i wobec wypełniających Jego wolę innych ludzi – mych braci, kolegów w pracy, rodziny i przyjaciół. Otrzymuję wiele, sam próbując też dać coś z siebie. Uświadomienie sobie tego sprawia, że praca – rozumiana szeroko, także jako codzienne zadania, domowe prace, wykonywane obowiązki – wydaje mi się ważnym elementem mojego życia chrześcijańskiego. Specyficzną przestrzenią Spotkania z Bogiem, która naznaczona jest przede wszystkim wspomnianą już wdzięcznością. Także szacunkiem – wobec pracy innych, bez względu na jej charakter, jej złożoność, jej prestiż. Jest zatem też lekcją pokory – tak ważną w moim życiu duchowym. Narzędziem Boga są zawsze ludzie pokorni – mawiał św. Jan Chryzostom. Chcę być Twoim narzędziem, Boże! Praca jest więc jest dodatkową treścią posiłku. Składnikami na pizzy, jak trywialnie by to nie brzmiało. Ziemniakami i surówką serwowanymi wraz z mięsem. Jajkiem i kiełbasą w aromatycznym, wielkanocnym białym barszczu. Praca to zatem mocny dodatek do modlitwy. Idzie z nią w parze. Nigdy nie jest sama dla siebie.

Cisza. Znów z jednej strony niekiedy trudna dla gaduły takiego, jak ja, a z drugiej od zawsze moja, od zawsze obecna w moim życiu i od zawsze też potrzebna. Bycie w ciszy jest jak ten fragment przepisu, który traktuje o czasie potrzebnym, by coś się zadziało. To jest owo: „zostawić na noc, aby się przemacerowało”, „wstawić na 20 minut do piekarnika rozgrzanego na 180 stopni”, „odstawić na godzinę, aby przestygło i można serwować”. Cisza jest dojrzewaniem. Cisza jest utwardzaniem, kiedy staję się mamałygą. Cisza jest zmiękczaczem, kiedy stresująca rzeczywistość usztywnia każdy mięsień. Jest potrzebna, by móc usłyszeć głos Boga. Jest wskazana, by usłyszeć ciche pragnienia własnego serca. To lekarstwo na huk świata, na wrzaskliwość kultury, ale i na krzyczący chaos mojego własnego wewnętrznego śmietnika. Cisza jest przestrzenią, w której można jak prorok Eliasz, doświadczyć szmeru łagodnego powiewu – w niej można doświadczyć Bożej obecności.

Ludzie. Poprzez nich dostrzegam nieraz, jak działa Pan Bóg. Są daną mi szansą. Są zadaniem. Są wyzwaniem. Często bywają pomocą, choć są i sytuacje, kiedy bardziej przypominają przeszkody. Już wiem, że wówczas zawsze przeszkodą jestem ja sam. W tych momentach muszę umrzeć w sobie, żeby wykonać krok naprzód. Nigdy nie jest tak, że przeszkodą jest drugi człowiek. To jest deluzja, której łatwo ulec, przykrywając tym samym własną niemoc lub własną słabość. Mój własny brak miłości i miłosierdzia. Mój własny lęk czy zdystansowanie. Moją nieporadność i potrzebę zwrócenia się ku Bogu, by wyprowadził z mocą z tych moich niedoskonałości dobro – aby Miłość znów zajaśniała w relacji pomiędzy mną a drugim człowiekiem – również, tak jak ja, dzieckiem Bożym. Ludzie to przyprawa do posiłku. Raz nadająca smak gorzki, innym razem słodki. Czasem się jej przesypie i wówczas smak dania jest za ostry – posiłek jest wówczas niezjadliwy. Czasem nie doda się jej wystarczająco dużo i smaku brak – potrawa wychodzi mdła i niesmaczna. To sól życia. Bez ludzi moje codzienne „gotowanie” nie byłoby możliwe, ale też nie miałoby sensu. Cała sztuka polega na właściwym dobieraniu proporcji – w zależności od tego, co przygotowuję. Będzie więc czas potraw, który wymaga wielu przypraw i czas dań, które najlepiej wychodzą bez mocnego przyprawiania. Tu chyba wciąż uczę się najwięcej. Daj, Boże, by każdy dzień usprawniał moje zdolności w tym temacie.

Spraw, o Boże, bym zamiast wylewać z siebie słowa, umiał zamilknąć jeszcze bardziej. Pracy się oddać. W modlitwie mocniej zanurzyć. Spraw, o Panie, bym zdołał pojąć, jak mam korzystać z tego przepisu na potrawę, który wyłania się z tych akapitów? Jak przyjąć w pełni ten mój, bo Twój, smak codzienności? I jak podążyć za nim, nie poszukując fajerwerków, stawiając na jakość, a nie na ilość, próbując wejść głębiej, mimo że obok będzie wiele rzeczy, które też będą dobre, a jednak nie będą już moje, bo wybrałem i swego wyboru dochowuję, i staram się z tego codziennego dania urządzić, z Twoją pomocą, a wręcz za Twoją sprawą, danie wyborne, mistrzowskie, którym uraczę z powodzeniem głodnych Ciebie, w pierwszej zaś kolejności samego siebie nasycę, abym miał siłę iść przez życie i dojść do upragnionego celu?

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s