Przepraszam, które musi dziś wybrzmieć

Dużo piszę o Bogu i mojej relacji z Nim. O cudach, które czyni w moim życiu – małych i wielkich. O dobru, jakim wypełnia moje życie, jakim naznacza moje relacje z innymi, jakim wpisuje mnie w Ciało Chrystusa, czyli w swój Kościół pielgrzymujący przez wieki. Byłoby więc horrendalnych rozmiarów nietaktem, gdybym odwracał oczy od debaty o złu, jakie dokonuje się w Kościele, która przetacza się teraz przez media tradycyjne i społecznościowe. Szokujące są historie skrzywdzonych ludzi. Szokujące są mechanizmy tuszowania spraw i ochrony sprawców. Zło się rozlało szerokim strumieniem i można odnieść wrażenie, że nie ma Dobra. Wiem jednak, że Dobro jest w Kościele, bo sam tego doświadczam. Zło triumfuje obecnie, bo problem istnienia zła w Kościele był nieustannie bagatelizowany, a czasem był po prostu cynicznie upychany w szafie, chowany przed światłem prawdy.

Obrona świętości nie polega jednak na maskowaniu zła. Obrona świętości polega na opowiadaniu się za świętością – przyjmowaniu cierpienia i męki, kroczeniu Drogą Krzyżową, umieraniu wraz z Chrystusem. On zaś objawia się zawsze w rzeczywistych ofiarach. Piszę rzeczywistych, bo w czasach postprawdy można nieraz odnieść wrażenie, że ofiarą jest instytucja Kościoła lub jej przedstawiciele. Tak przedstawiają się niektórzy i tak niekiedy są przedstawiani przez innych. Powiedzmy sobie uczciwie – ofiarami są ludzie skrzywdzeni w dzieciństwie, ze złamanymi życiorysami, odrzucani, przemilczani, wzgardzani. Do niedawna niemalże transparentni. Często wciąż nie doświadczający sprawiedliwości, a w wielu wypadkach nie mający na nią nawet szansy – ze względu na przedawnienia spraw lub opieszałość Kościoła. Godności osoby ludzkiej trzeba ze wszech miar bronić – trzeba piętnować grzechy sprawców, trzeba karać ich sprawiedliwie, trzeba też uderzyć się w pierś, bo działania pedofilii w sutannach i wszelkich hipokrytów, którzy reprezentują Kościół, kładą się cieniem na wszystkich katolikach.

Jestem współwinny tych krzywd – to musi zostać jasno wypowiedziane. Nie dlatego, że kiedykolwiek skrzywdziłem jakieś dziecko, co uważam za jedną z najbardziej paskudnych i obrzydliwych rzeczy, jakie dorosły może uczynić, ale dlatego, że nie zawsze wystarczająco głośno sprzeciwiałem się, a pewnie i wciąż sprzeciwiam się, przejawom „małego zła” wokół mnie. Krytyczny wobec klerykalizmu przez wielkie „K”, przymykam niekiedy oko na ten pisany małą literą, przykładając tym samym ręki do budowania feudalnych relacji w Kościele, które odpowiednio nawarstwione znów mogą doprowadzić do eksplozji zła. Słysząc androny wypowiadane przez duchownych – nie te z kategorii naprawdę szokujących i bulwersujących, ale te pozornie drobne, które jednak w sumie cementują Kościół wsobny, przeżarty rdzą zła zamiatanego przez lata pod dywan, niepotrafiący się oczyścić – często milczę, bo nie chce mi się tracić energii, a czasem po prostu obawiam się, że zrażę kogoś do siebie. W ten sposób staję się współwinny i za to z całego serca przepraszam. Boże uchroń każdego, kto jutro mógłby zostać skrzywdzony przez moją dzisiejszą bierność!

Mój powrót do Kościoła przed ponad dwoma laty nie był powrotem łatwym, ani też wyglądanym. Przez lata żyłem w oddali, wiodąc „raczej sympatyczne życie” pośród osób, z których gros było odwróconych do Kościoła plecami, również ze względu na zło, jakie w Kościele dostrzegały. Wszakże moje życie było obciążone doskwierającym brakiem relacji z Bogiem (nie zawsze zresztą uświadamianym, ale zawsze obecnym), jednak patrząc w doczesnych kategoriach należało raczej do tych prostych, przyjemnych, docześnie szczęśliwych. Nie będzie chyba nadużyciem stwierdzenie, że nie byłem specjalnie złym człowiekiem. Starałem się nie krzywdzić ludzi – w domu, w pracy, w relacjach towarzyskich – i wydaje mi się, że bilans wychodzi na plus. Pomagałem innym, choć raczej w sposób mało angażujący – chętniej wspierając materialnie niż zakasując rękawy. W kwestiach obyczajowych dość surowy wobec siebie (wiem, że Pan Bóg mnie w tym wspierał), wobec innych cechowałem się nazbyt liberalną postawą, co jest moją winą, gdyż potencjalnie przyczyniłem się do czyjejś krzywdy – przeze mnie niezamierzonej, ale przecież przez moje przyzwolenie na pewne zachowania, a czasem wręcz zachętę do ich podejmowania, faktycznie możliwej. Za to biję się w pierś i przepraszam.

W tym moim świecie, pełnym samozadowolenia i doczesnej radości, pojawił się jednak nagle Pan Bóg. Przyszedł niespodziewanie – punktowo, ale konkretnie – i dokonał bezkrwawej rewolucji, która jednak przemieniła znacząco moje życie. Spisując, jesienią 2017 roku, świadectwo mojego wcześniejszego nawrócenia, wydawało mi się jeszcze, że zmieniło się niewiele, ale dziś widzę, że przemiana, jakiej Pan Bóg dokonał, jest ogromna, wręcz radykalna, a ponadto jest dogłębna i bezsprzeczna. Uczynił moje życie już nie tylko docześnie szczęśliwym, ale szczęśliwym po prostu – ukazując perspektywę wieczności.

Owo pojawienie się Chrystusa w moim życiu zaprowadziło mnie do kościoła, co w konsekwencji przywróciło mnie do Kościoła – do wspólnoty moich braci i sióstr w wierze. Postawiło mnie tym samym w środku wspólnoty, wobec której byłem niekiedy krytyczny – swój krytyczny ogląd i opinie opierając na bulwersujących faktach i potwierdzonych doniesieniach o różnorakich nadużyciach. Nie mogąc się oprzeć Bożej miłości i odpowiadając na nią swoją miłością, pokochałem też i Kościół. Nie tyle nawet pokochałem, co sugerowałoby jakiś początek – po prostu zgodziłem się, by z Bożą pomocą odnowić swą niegdysiejszą miłość. Mierząc latami widać bowiem, że kochałem Kościół przez wyraźnie większą część swego życia. Wieloletnia oziębłość okresu późnego dorastania stanowiła jedynie wyrwę w trwającej od narodzin, naznaczonej miłością relacji z Ecclesia Mater. To był ciągnący się w czasie bunt, który trwał zdecydowanie zbyt długo. Trwał jednak dokładnie tyle, ile było trzeba, aby Pan Bóg mógł skutecznie przywrócić sens relacji zarzuconej z powodu mojej niedojrzałości i młodzieńczej krnąbrności.

Będąc znów częścią wspólnoty Kościoła powściągnąłem swój język i przymknąłem swe oczy. Nie umiem wciąż powiedzieć ile było w tym z postawy pokory, a ile nieakceptowalnego oportunizmu? Ile troski o to, by kogoś nie skrzywdzić, by wykazać się otwartością i chęcią przyjęcia nowej perspektywy poznawczej, a ile dbania o własny dobrostan i egoistyczne pobudki? Myślę, że tak naprawdę był to miks właściwych i niewłaściwych motywacji. Cóż mi jednak po tym? To nie jest nawet za bardzo istotne. To znów jest bowiem o mnie, a dziś nie jest na mój temat – o ile w ogóle kiedykolwiek o mnie być powinno. Dziś jest o ofiarach, więc szczerze pragnę uderzyć się w pierś, posypać głowę popiołem i przeprosić tych, do których krzywdy także tym razem mogłem się poprzez moje przyzwolenie na pewne zachowania, a czasem wręcz zachętę do ich podejmowania, faktycznie przyczynić.

Używam dla opisania swej winy tych samych słów, co wcześniej, gdyż to jest analogiczne do poprzedniego przewinienie – tak samo niezamierzone, ale i tak samo skutkujące w rozlewaniu się zła. Milcząc bowiem, kiedy widziałem przejawy klerykalizmu, ale też aprobująco patrząc na czołobitność wobec choćby i najmądrzejszych, może i najbardziej uznanych albo rozeznających współczesność „proroków” – członków Kościoła, przykładałem ręki do utrwalania w nim zła i dawałem złu pożywkę, by rosło w siłę i toczyło Ciało Chrystusa, którego sam jestem częścią. Za to właśnie ofiarom należy się i w związku z tym wypowiadam dziś moje: PRZEPRASZAM. Oby dobry Bóg dopomógł za pośrednictwem wiernych Mu i oddanych braci i sióstr chrześcijan każdej jednej pokrzywdzonej osobie. Oby strzegł nas przed milczeniem, kiedy trzeba krzyczeć, i strachem, kiedy trzeba się zdobyć na odwagę. Oby nikt nigdy nie pomylił miłości i miłosierdzia z cyniczną opowieścią o nich. Strzeż nas, Panie, i swój Kościół strzeż, zaczynając od tych wszystkich skrzywdzonych, pokiereszowanych, niewidocznych, odrzuconych, wyklętych, zapomnianych.

10 Comments

  1. ”Sekielski przyznał, że bohaterowie jego filmu byli w przeszłości  zarejestrowani jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa. O tym fakcie… nie wspomina jednak w swoim filmie” .” Zarówno ksiądz Jan A., który wykorzystywał jedną z bohaterek naszego filmu, ks. Cybula oraz ks. M., kustosz z Lichenia byli zarejestrowani jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa ”

    Ale o tym też „nie mówcie nikomu”, bo to może dać do myślenia ludziom prostym, kto tak naprawdę stoi za tym filmem, i za rzekomą bezkarnością kleru, który w takich wypadkach nie ma nic wspólnego z katolicyzmem, ani tym bardziej Kościołem jako ciałem Chrystusa. Jakby Pan nasz był jakimś głupcem bo znając historię zdecydował się założyć Kościół już na ziemi, dając klucze Janowi Pawłowi II. To są wyłącznie cele do zniszczenia w tej kolejnej odsłonie „inteligentnej” wojny (wiadomo kogo) z Kościołem. Nie przez przypadek w Polsce… Dla mniej kumatych (być może z powodu uzależnienia od silnych emocji) inny cytat:

    „…Zeznając pod przysięgą przed wspomnianą komisją śledczą Bella Dodd powiedziała:

    „W latach trzydziestych wprowadziliśmy tysiąc stu mężczyzn do kapłaństwa, aby zniszczyć Kościół od wewnątrz. Chodziło o to, aby ci ludzie zostali wyświęceni, a następnie wspięli się po drabinie wpływów i władzy jako prałaci i biskupi.”

    Byli to ludzie niewierzący w Boga, najczęściej ateiści, komuniści, a wśród nich także homoseksualiści, którzy zyskali w ten sposób łatwy dostęp do dużej liczby młodych chłopców. Zadanie nie było ciężkie: mieli za darmo mieszkanie i wyżywienie, cieszyli się szacunkiem i prestiżem społecznym, a jednocześnie ożywiało ich poczucie tajnej misji wymierzonej w znienawidzoną instytucję. Ryzyko zdemaskowania było żadne, bo nie musieli kontaktować się z centralą i wykonywać konkretnych zadań. Wystarczyło, że prowadzą podwójne życie.

    Bella Dodd opowiadała, że był to pomysł Stalina, który sam w młodości był prawosławnym seminarzystą i zdawał sobie sprawę, jaką rolę odgrywa Kościół w życiu publicznym. To on nakazał sięgać po ludzi bez wiary i moralności, by – zgodnie z zasadami sztuki wojny Sun Tsy – rozkładać społeczeństwo wroga od środka…”
    A zatem „pedofilia w Kościele katolickim” to klasyczne kukułcze jajo. O strategii Sekielskiego więcej pod linkiem
    http://gabriel-maciejewski.szkolanawigatorow.pl/strategia-na-sekielskiego
    Życzę wszystkim powodzenia w poszukiwaniu prawdy. Odwagi. Zbliża się bowiem czas próby i prześladowania.

    Polubienie

  2. Ja mocno wierzę w Kościół, co staram się wyrażać jasno i głośno, tak zresztą jak mocno wierzę w oczyszczającą moc działania Ducha Świętego. Wierzę również w Słowo, a to właśnie Chrystus wzywa nas do miłości i miłosierdzia. Miłosierdzie to jest aktywna forma współczucia – nie samo bierne współczucie, ale konkretne działanie z niego wynikające. Takim działaniem teraz jest wyraźne stanięcie po stronie ofiar i jednoznaczne powiedzenie „Przepraszam!”. Takie działanie nie osłabia Kościoła, ale go wzmacnia. Myślenie, że oto teraz „konieczna jest polemika” opiera się na pysznej wierze we własną moc sprawczą, a nie na wierze w moc Bożą – by nie powiedzieć na braku wiary w moc Bożą…

    Ci księża, którzy dopuszczają się obrzydliwych występków, i biskupi, którzy tuszują działania oprawców, choć niestety nie mają nic wspólnego z życiem zgodnym z Ewangelią, mają wiele wspólnego z Kościołem – są częścią Kościoła i podejmują swoje działania korzystając z legitymizacji ze strony Kościoła. Te oburzające i niegodne zachowania należy wyraźnie piętnować. Tylko tak możemy chronić Kościół, bronić Wiary i dać wszystkim wątpiącym, zdesperowanym i zgorszonym nadzieję, że oczyszczenie zacznie się dziać tu i teraz.

    Dużo pokory trzeba w walce ze złem, wielkiego żalu za grzechy, modlitwy przebłagalnej, ale należy zacząć od powiedzenia „Przepraszam!” i to w taki sposób, który sprawi, że wybrzmi ono mocno i utoruje Duchowi Świętemu drogę do ludzkich serc i ich przemiany. Jesteśmy wspólnotą, więc i razem odpowiadamy za Kościół. Zawsze wskazując na Dobro, które spotykamy w Kościele, ale też piętnując zło, które z naszej wspólnoty wychodzi – z pokorą i z wiarą w bezkresną moc odnawiania Kościoła i jego członków przez naszego umiłowanego Pana.

    Polubienie

  3. Pisze Pan „…podejmują swoje działania korzystając z legitymizacji ze strony Kościoła. Te oburzające i niegodne zachowania należy wyraźnie piętnować…”
    Jakby Kościół nie piętnował i nie przepraszał do tej pory, albo nie za każdym razem. Tyle że ludzie stojący za tym filmem, który sprowokował Pana do wpisu, mają to gdzieś. Im chodzi o coś zupełnie innego. I nie ma w tym ani odrobiny pokory czy współczucia dla ofiar. Ludziom którzy stoją za tym filmem nie chodzi o sprawiedliwość czy pietnowanie sprawców, ale o zniszczenie całego Kościoła. Pedofile którzy zakładają sutannę nie robią tego po to żeby swoje działania legitymizować powagą Kościoła, ale żeby zdobyć zaufanie swoich ofiar. Mieć do nich łatwy dostęp. Oni wykorzystują powagę instytucji a nie legitymizują. To tak jakby patrzeć na apostołów przez pryzmat Judasza i unieważnić cały sens ich powołania.
    Nie ma żadnej pychy w tym że ktoś widzi i wskazuje na to co stoi za tym filmem, oraz ludźmi którzy go zlecili. Diabeł zaś lubi się przebierać w szaty oskarżyciela który szuka tylko sprawiedliwości. Tymczasem owocem tego filmu jest wzrost nienawiści i wścieklizny na Kościół… Wystarczy poczytać komentarze pod tym filmem. Większość wypowiedzi wyraża satysfakcję z tego że Kościół jest pełen pedofili. Ofiary są traktowane instrumentalnie jako okazja do wulgaenych ataków. Nieliczni wykazali się odwagą wzięcia w obronę Papieża, Kościoła, Wiary, nie stosując odpowiedzialności zbiorowej… „Po owocach ich poznacie”

    Polubienie

  4. To ja od końca zacznę: przecież ja cały czas staję i stoję w obronie Papieża, Kościoła i Wiary – zarówno w prowadzonych w realu rozmowach, jak i w moich wpisach. Kocham Kościół. Ile razy muszę to powtórzyć? Wiem też, że Kościół to ogrom dobra i mnogość wspaniałych ludzi. To nie oznacza jednak, że jestem ślepy na zło. To nie oznacza, że tego zła nie należy piętnować.

    Trzeba też wyczuć powagę chwili. Rozróżniłbym atak na Kościół od gniewu ludzi, często nie będących wcale wrogami Kościoła. Nie oszukujmy się – ten gniew jest zrozumiały w kontekście historii, które miały przez lata miejsce. Jedna wystarczyłaby jako powód złości, a jest ich niestety zbyt dużo, mimo że oczywiście dotyczą marginesu w skali wszystkich duchownych. Nie dziwi mnie jednak, że w ludziach jest złość i że niektórym się ulewa. Przecież to są często rodzice zatroskani o swoje dzieci. Ich reakcje są atawistyczne, więc tym samym nie zaskakują.

    To były obrzydliwe czyny – mówię tu zarówno o aktach pedofilii, jak i o ich tuszowaniu. Pedofile w sutannach zaufanie do siebie budowali w oparciu o autorytet Kościoła, co zresztą również jest zrozumiałe. To co jednak już zrozumiałe nie jest, to dlaczego Kościół ich tak często chronił albo tak beztrosko lekceważył wagę zagrożenia? To się na szczęście od jakiegoś czasu zmienia i chwała Bogu za to! W tej fali oczyszczającej, która przelewa się dziś przez Kościół, trudno zresztą nie dostrzec działania Ducha Świętego.

    Ad vocem: nie patrzę na Kościół przez pryzmat współczesnych judaszów. To nie oznacza jednak, że będę udawał, iż oni nie istnieją. Apostołowie nazywali rzeczy po imieniu, więc i my tak czyńmy. Dziś liturgia wspomina powołanie Macieja na Apostoła na miejsce po Judaszu. Jezus nauczał, że prawda nas wyzwoli [J 8,32]. Swoją drogą, prawda jest dziś najlepszym sposobem na obronę Kościoła. I tu nie chodzi teraz o samobiczowanie się, ale o przyjęcie właściwej hierarchii. Najpierw trzeba dostrzec ofiary i stanąć po ich stronie. To jest właśnie ten moment. Być może ostatni możliwy. To jest rzeczywista obrona Kościoła.

    Przeprowadziłem dziś kilka długich rozmów wokół poruszanych tu przez nas tematów i ludzie – naprawdę wierzący, oddani i kochający Kościół – wyrażają to samo pragnienie, aby Kościół stanął w tej chwili w prawdzie, by mogły się dokonać zmiany i aby można było ruszyć naprzód.

    Wystarczy przypomnieć sobie pięć warunków dobrej spowiedzi, by dostać najlepszy przepis na uzyskanie przebaczenia. Przepis, którego przecież naucza nas Kościół. Są to: rachunek sumienia; żal za grzechy; mocne postanowienie poprawy; wyznanie grzechów; zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu. Warto dodać, że żal za grzechy jest najważniejszym warunkiem spowiedzi – najważniejszym punktem, który trzeba zrealizować, pragnąc uzyskać przebaczenie. Dziś my wszyscy, jako wspólnota ludzi wierzących, jesteśmy to winni skrzywdzonym. To jest minimum.

    „Przepraszam!” musi dziś mocno wybrzmieć. Bez tego nie ma szansy na pojednanie. Bez tego nie ma szansy na oczyszczenie. Bez tego zostawia się pożywkę wrogom Kościoła, ale i daje asumpt, by ludzie wierzący, choć być może słabszej wiary, machnęli ręką i odwrócili się na pięcie.

    I jeszcze jedno ad vocem na koniec: nie twierdzę też, że pysznym jest zgłębianie motywacji, które kierowały twórcami filmu, doszukiwanie się ukrytych powiązań i dochodzenie prawdy. Tylko to nie wyklucza powiedzenia „Przepraszam!”. Jedno z drugim się w żaden sposób nie wyklucza. Co więcej, owo „Przepraszam!” jest konieczne i jest teraz ze wszech miar istotne, a za nim powinna iść prawdziwa empatia i działania pomocowe. Owo „Przepraszam!”, poza tym że bierze się z potrzeby serca, również w związku z przykazaniem danym nam przez Pana, musi dziś wybrzmieć, gdyż wybrzmiewa także w obronie Kościoła i otwiera proces naprawczy. Przynajmniej ja tak to widzę. Pozdrawiam serdecznie!

    Polubienie

  5. Fragment który nawiązuje bezpośrednio do tego co napisałem

    „…Sam Jezus porównał Kościół do sieci, w której znajdują się dobre i złe ryby, które na końcu muszą być oddzielone jedne od drugich przez samego Boga. Jest także przypowieść o Kościele jako polu, na którym rośnie dobre ziarno, które posiał sam Bóg, ale także chwasty, które zasiał na nim potajemnie „nieprzyjaciel”. Istotnie chwasty na Bożym polu, Kościele, są aż nadto widoczne, a złe ryby w sieci także pokazują swoją siłę. A jednak pole pozostaje Bożym polem, a sieć Bożą siecią. I przez wszystkie czasy są nie tylko chwasty i złe ryby, ale także Boży siew i dobre ryby. Głoszenie obu tych rzeczy z naciskiem nie jest fałszywą apologetyką, ale konieczną służbą Prawdzie.

    W tym kontekście konieczne jest odwołanie się do ważnego tekstu w Apokalipsie św. Jana. Diabeł określany jest tu jako oskarżyciel, który oskarża naszych braci przed Bogiem dniem i nocą (Ap 12,10). W ten sposób Apokalipsa św. Jana podejmuje myśl, która stanowi ramy narracji Księgi Hioba (Hi 1 i 2, 10; 42,7-16). Jest tam mowa o tym, że diabeł starał się umniejszyć prawość Hioba przed Bogiem jako coś jedynie zewnętrznego. Chodzi dokładnie o to co mówi Apokalipsa: Diabeł chce udowodnić, że nie ma prawych ludzi; że wszelka prawość ludzi jest tylko pokazana na zewnątrz. Jeśli się jej przyjrzeć z bliska, wówczas pozór prawości szybko znika. Opowieść zaczyna się od dysputy między Bogiem a diabłem, w której Bóg wskazał na Hioba jako prawdziwie prawego człowieka. Teraz zostanie na nim sprawdzone, kto ma rację. Zabierz mu to co posiada, a zobaczysz, że nic nie pozostanie z jego pobożności – argumentuje diabeł. Bóg pozwala mu na tę próbę, którą Hiob przechodzi pozytywnie. Ale diabeł naciska dalej i mówi: „Skóra za skórę. Wszystko, co człowiek posiada, odda za swoje życie. Wyciągnij, proszę rękę i dotknij jego kości i ciała. Na pewno Ci w twarz będzie złorzeczył” (Hi 2,4-5). Zatem Bóg przyznaje diabłu drugą rundę. Może on dotknąć także skóry Hioba. Nie wolno mu tylko go zabić. Dla chrześcijan jest jasne, że tym Hiobem, który stoi przed Bogiem jako przykład dla całej ludzkości, jest Jezus Chrystus. W Apokalipsie św. Jana został nam przedstawiony dramat ludzkości w całej swojej rozciągłości. Naprzeciwko Boga Stwórcy stoi diabeł, który mówi źle o całej ludzkości i całym stworzeniu. Mówi nie tylko do Boga, ale przede wszystkim do ludzi: Spójrzcie, co ten Bóg zrobił. Pozornie dobre stworzenie. A w rzeczywistości jest ono pełne nędzy i obrzydzenia. To zniesławianie stworzenia jest w rzeczywistości zniesławianiem Boga. Ma ono dowieść, że sam Bóg nie jest dobry i w ten sposób odciągnąć nas od Niego…”

    A zaczyna się od tego że najwierniejsi (wydawałoby się) z wiernych, ulegają presji psychicznej od początku sztucznie zmontowanej. Zatracając instynkt obronny, i powtarzając nieprawdę jakoby Kościół nie poczuwał się do odpowiedzialności, ukrywał prawdę, bądź bagatelizował problem, który skoro jest przestępstwem, i to obrzydliwym, powinien być bezwzględnie ścigany przez państwo, które dysponuje stosownymi ku temu środkami, choćby izolacji. Pytanie czemu tak się nie dzieje, pomimo powszechniej na temat pewnych osób wiedzy. Wszak skoro twórcy filmu sugerują zmowę milczenia w tej kwestii, to czemu sami nie informują stosownych organów, nie pikietują pod Ministerstwem sprawiedliwości, tylko nachodzą po nocy biskupa domagając się rozmowy. Czemu wreszcie nie domagają się upublicznienia teczek TW? Odpowiedz jest oczywista

    Polubienie

  6. Dziś jestem wyłączony, w związku z różnymi obowiązkami, więc na szybko zostawię choć poniższy link: http://wiez.com.pl/2019/05/15/prymas-zadanie-dymisji-calego-episkopatu-jest-dzis-nieuzasadnione/ Prymas Polski, abp Polak, do wrogów Kościoła na pewno nie należy, a mówi: „Nie widzę w dokumencie Tomasza Sekielskiego ataku na Kościół katolicki. Ten film jest jeszcze jednym elementem, który pomoże w naszej walce. Za ten film trzeba podziękować”.

    Polubienie

    1. Znam tę wypowiedź. Na szczęście nie muszę się z nią zgadzać, aczkolwiek rozumiem potrzebę przyznania się do grzechów i błędów w Kościele, które są oczywiste i za które Kościół bezustannie przeprasza. Chyba nie zamierza Pan twierdzić że tego nie robi, albo że ten margines patologii (który został w Kościele celowo umieszczony) to wina samego Kościoła?… Może wyjaśnijmy sobie tę kwestię żebym wiedział czy dalszą dyskusja z Panem ma sens. Odnoszę bowiem wrażenie, że Panu zależy wyłącznie na reakcji, która nakarmi pychę i utwierdzi oskarżycieli w ich mniemaniu, że Kościół (cały bez wyjątku, a przez to Jezus i Ojciec) to pomyłka z którą należy się rozprawić, tak jak to opisał Benedykt XVI w swoim liście. Naprawdę nie widzi Pan co się kryje za intencją twórców filmu? Nic Panu nie mówi zatajenie przed widzami w samym filmie informacji o tym że sprawa dotyczy ludzi zadaniowanych przez konkretnych ludzi spoza Kościoła, po to żeby Kościół kompromitować? Ja wiem że jest coś takiego jak odpowiedzialność za grzech cudzy, ale to nie jest tego rodzaju sytuacja. Przynajmniej nie dotyczy ona „bohaterów” tego filmu. Co najwyżej tych, którzy są spoza tego układu, coś wiedzieli, ale nie uznali za stosowne poinformować przynajmniej media. Bo trudno jest informować władzę, skoro sama władza macza w tym palce.

      Ale dużo ważniejsze jest to, co z duszą tej biednej kobiety, którą trudno winić za to że nie chce wybaczyć swojemu oprawcy, ale sposób w jaki to robi (do ukrytej kamery!), i jakie są tego później dla owego księdza konsekwencje, daje kolejne wskazówki co do prawdziwych intencji reżysera tego widowiska. Który komentuje to w słowach „ale jaja”. Odnoszę wrażenie że niektórzy nie oglądali tego filmu należycie uważnie, skoro pomijają tak ostentacyjnie widoczne pułapki i kontrowersje… Być może jest to spowodowane emocjonalnym podejściem do problemu, albo właśnie autodestrukcyjnym mniemaniem, że trzeba się biczować samemu i mocniej od skali samego zjawiska (w statystykach pedofilii księża to margines marginesu), a wtedy zostawią nas w spokoju… Nie zostawią nigdy. Nie odpuszcza dopóki choć jeden człowiek będzie się publicznie przyznawał do Chrystusa i jego Kościoła. Po to został ten film skręcony.

      I na koniec. Ja nie twierdzę że nie ma dla nas Katolików z tego nauki. Bóg potrafi z każdej okoliczności wyprowadzić dobro. Tyle że Bóg nie siada do stołu że złem, żeby z nim negocjować jakieś ulgi, i nie rozpatruje argumentów złego który kryguje się na szukającego sprawiedliwości… Pan nasz mówi mu zawsze milcz! A wychodzi z miłością do ludzi którymi się zły posłużył. Do każdego grzesznika. Czy to do zaślepionej chęcią zemsty, i życzącej piekła swojemu oprawcy ofiary, czy też sprawcy cierpienia, którego działanie przyczyniło się do oddalenia skrzywdzonych od Boga i Kościoła… Możemy i musimy przyjąć ten krzyż i wstyd, ale nie po to żeby osłabiać Kościół, i dawać się wodzić za nos ludziom, których jedyną intencją jest doprowadzić do takiego wrzenia emocji aż poleje się krew Katolików. Neron by tego lepiej nie wymyślił. Znać rękę ojca kłamstwa.

      Polubienie

  7. Jako że rano się uwinąłem, to znalazłem teraz chwilę, aby odpisać. Wątków zrobiło się sporo, więc odnoszę się do konkretnych stwierdzeń. Idę zgodnie z kolejnością Pańskiej wypowiedzi.

    1. Pisze Pan: „rozumiem potrzebę przyznania się do grzechów i błędów w Kościele”. Super, bo to oznacza, że się zgadzamy!

    2. I dalej: „które są oczywiste i za które Kościół bezustannie przeprasza. Chyba nie zamierza Pan twierdzić że tego nie robi”. Potwierdzam: są oczywiste. Potwierdzam: przeprasza. Polemizowałbym ze zwrotem: bezustannie. Ważne, żeby na słowach się nie kończyło – tu z pewnością się zgodzimy.

    3. Pyta Pan: czy „margines patologii (który został w Kościele celowo umieszczony) to wina samego Kościoła?”. To zależy o czym mówimy? Jeśli o konkretnych aktach przemocy seksualnej, to winni są sprawcy. Jeśli mówimy o przenoszeniu z parafii na parafię, tuszowaniu spraw albo rozmywaniu odpowiedzialności, to tu już winni są konkretni przełożeni konkretnych osób, ale też – co widać nie tylko na polskim przykładzie – błędny system, nieukierunkowany na ofiarę, ale na wyciszanie podobnych spraw.

    4. „Odnoszę bowiem wrażenie, że Panu zależy wyłącznie na reakcji, która nakarmi pychę i utwierdzi oskarżycieli w ich mniemaniu, że Kościół (cały bez wyjątku, a przez to Jezus i Ojciec) to pomyłka”. Otóż nie! Nie zależy mi na takiej reakcji. Tak zresztą jak nie twierdzę i nie twierdziłem – nigdzie i nigdy – że cały Kościół jest zły lub że jest pomyłką. Przypomnę swoją wypowiedź z wczoraj: „Kocham Kościół. Ile razy muszę to powtórzyć? Wiem też, że Kościół to ogrom dobra i mnogość wspaniałych ludzi.” Kościół jest dobry. Ludzie tworzący Kościół są różni – jak i Pan twierdzi (Kościół jako sieć wypełniona rybami, Kościół jako pole). Cieszy mnie, że i tu się zgadzamy.

    5. Wspomina Pan „odpowiedzialność za grzech cudzy”. Pragniemy być jednym ciałem i jedną duszą w Chrystusie. Z tego wyprowadzam tezę, która nie dotyczy bycia współwinnym czy też bycia współodpowiedzialnym za grzech, ale dotyczy współodpowiedzialności i gotowości do wspólnego naprawiania szkód, które ktoś z nas – ktoś reprezentujący Kościół – wyrządził innym. Wiele empatii trzeba we wszystkich tych sprawach, a także ogromnej gotowości, aby wyjść naprzeciw pokrzywdzonym. I to się dzieje, w imię Chrystusa, na szczęście coraz częściej, choć obiektywnie trzeba dodać, że jest jeszcze dużo do zrobienia i do poprawy – w zależności od diecezji i osób zarządzających. Innej drogi nie ma, bo jedyną drogą, do jakiej jesteśmy wezwani jest Miłość i Miłosierdzie.

    6. „Ale dużo ważniejsze jest to, co z duszą tej biednej kobiety, którą trudno winić za to że nie chce wybaczyć swojemu oprawcy, ale sposób w jaki to robi (do ukrytej kamery!), i jakie są tego później dla owego księdza konsekwencje”. Za duszę tej kobiety się modlę – o ukojenie i światło wiary, mimo tak wielkich zranień. Za dusze wszystkich ofiar. Również za dusze oprawców. Wczoraj przyjąłem w tej podwójnej intencji Komunię Świętą. Konsekwencje, jakie ponosi ten ksiądz, są następstwem jego własnych działań. Na jakimś poziomie żal mi jest tego człowieka. Tylko również tu nie można dać się zupełnie ponieść emocjom. Z materiału widać, że mimo iż żałuje swych okrutnych czynów (wierzę w to), to też nie zrobił dotychczas nic, aby zadośćuczynić ofiarom, tzn. aby zadośćuczynić bliźniemu. Mówi natomiast, że regularnie sprawuje Msze Święte w intencji swych ofiar. Można z tego wywnioskować, że sprawuje Eucharystię nie będąc w stanie łaski uświęcającej, jako że ostatni warunek dobrej spowiedzi nie został spełniony… Pozostaje nam modlitwa. Każda jedna przysłuży się całemu Kościołowi.

    7. Dalej pisze Pan, że nas w spokoju „nie zostawią nigdy”. Można by powiedzieć: nihil novi. W końcu zapowiadał to już sam Chrystus. Wierni Bogu i Kościołowi ludzie cierpieli i umierali przez wieki – cierpią i umierają także dziś. Nie bójmy się prześladowań. Bądźmy wierni i posłuszni Panu. Nie zostaliśmy wezwani, by być noszonymi w lektykach, ale by nieść krzyż. Nie krzyczmy więc, że chcą nas ukrzyżować. To jest nasze powołanie, więc bierzmy ten krzyż na barki i nieśmy – razem z Chrystusem.

    8. Na koniec mówi Pan, że Bóg „wychodzi z miłością do ludzi którymi się zły posłużył. Do każdego grzesznika. Czy to do zaślepionej chęcią zemsty, i życzącej piekła swojemu oprawcy ofiary, czy też sprawcy cierpienia, którego działanie przyczyniło się do oddalenia skrzywdzonych od Boga i Kościoła”. I ja się z tym zgadzam w 200%.

    9. „Możemy i musimy przyjąć ten krzyż i wstyd, ale nie po to żeby osłabiać Kościół, i dawać się wodzić za nos”. Ja bym jednak przerwał po początku zdania: możemy i musimy przyjąć ten krzyż i wstyd – kropka. Uczyniłbym tak dlatego, gdyż wierzę, że robimy to, aby wzmocnić Kościół i stanąć w prawdzie. Tylko z pozycji przyjętego na barki krzyża można prawdziwie świadczyć, a także wspierać filary, na których opiera się Kościół, którego Chrystus jest fundamentem. Z pozycji wyparcia lub odrzucania krzyża nie da się zrobić nic, co faktycznie przyczyniłoby się do budowania i prawdziwego umacniania Kościoła.

    10. „Znać rękę ojca kłamstwa”. Oczywiście, że tak – znów się z Panem zgadzam. Zło ma jeden adres – piekielny. Dlatego wystrzegajmy się go, piętnujmy je, naprawiajmy to, co zostało przez nie zniszczone albo naruszone, aby z Bożą pomocą niezmiennie dążyć ku Prawdzie, Dobru i Pięknu.

    Polubienie

    1. Jeśli będziemy się bezmyślnie podkładać, i udawać że tego rodzaju prowokacje (przypominam że wszyscy jak jeden bohaterowie oprawcy z tego filmu to przede wszystkim tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa, którzy swoją bezkarność zawdzięczają nie Kościołowi ale władzy państwowej) są potrzebne, bo rzekomo oczyszczają Kościół, to nie będzie komu dążyć do Prawdy Dobra i Piękna, które nie istnieją poza Kościołem. Bo samego Kościoła nie będzie. Będzie tylko garstka ocalałych po pogromie, i delegalizacji katolicyzmu, przestraszonych ludzi, którzy dzięki takim sprytnym akcjom/ prowokacjom, stają przed realną groźbą utraty wolności w kultywowaniu i szerzeniu wiary… Taki jest bowiem plan złego, a ten film i odzew jaki wywołał, jest tego najlepszym dowodem…
      Nie jest to pierwszy raz w historii,
      http://bolek.szkolanawigatorow.pl/precz-z-rzymem
      ale pierwszy raz na taką skalę z wykorzystaniem środków masowego rażenia (przekazu). Ten film obejrzało już kilka milionów ludzi. I Bóg jeden wie jakie żniwo zebrał wśród tych słabej wiary, którzy nie wiedzą jak się bronić przed tego rodzaju agresywną retoryką.

      „Bramy piekielne go nie przemogą”. Wierzę w to bezgranicznie. Ale diabeł nie ma zamiaru przejąć kontroli nad Kościołem. Wystarczy że obrzydzi go ludziom. I na to pozwolić nie możemy, przynajmniej nie tam gdzie mamy jakiś wpływ i możemy reagować demaskując taktykę złego, oraz jego sługi. Nie jesteśmy zwolnieni z myślenia, rozbrajania wszelkiego rodzaju pułapek i prowokacji. Przyjmowanie wstydu i cierpienia to jedno, ale mamy też inne zadania. Kościół ma prowadzić ludzi do zbawienia. Nie będzie mógł tego robić kiedy straci autorytet i majestat, przez naszą świadomą głupotę (lenistwo umysłowe), lub paraliż wywołany fałszywą pokorą, a raczej polityczną poprawnością.
      Nie potrzebujemy tego filmu żeby wiedzieć że takie rzeczy się zdarzają i że są okropieństwem. Chyba że potrzebujemy wiedzieć że to Kościół za to odpowiada, więc stracił prawo do nauki moralności. Co wybrzmiewa w tym filmie, a co jest nieprawdą.
      Z Bogiem

      Polubienie

  8. Mam nadzieję, że to „bezmyślnie” to jednak rzucone gdzieś obok, bo ja staram się tu prowadzić rzeczową, ale przy okazji kulturalną dyskusję. Ujawniajmy wszystkie informacje, jasne! Już to pisałem: „prawda jest dziś najlepszym sposobem na obronę Kościoła”. Uderzmy się jednak również w pierś – że tak powiem: „myślnie”- w imię Prawdy. Mam w ogóle głębokie przekonanie, że my się zgadzamy w dużej mierze. Na pewno odnośnie miłości do Boga i Kościoła, a także odnośnie faktu, iż to Kościół ma prowadzić ludzi do zbawienia. I prowadzi! Również ja bezgranicznie w to wierzę.
    Z Panem Bogiem. Życzę dobrego wieczoru!

    Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s