Mój Kościół – czas wrastania i wzrastania

24/5/2019

Mijają dni, a Kościół niezmiennie odmieniany jest przez wszystkie przypadki. Zresztą nie bez kozery. Oczy wielu – zarówno tych przychylnych, jak i tych wrogo nastawionych – zwrócone są dziś w stronę Kościoła – rozumianego wąsko (jako Episkopat) lub szeroko (jako ogół wiernych). Dlatego też chciałbym podzielić się, w związku z tym, jeszcze jedną refleksją, splatającą się bezpośrednio z moją obecną lekturą pism świętego Augustyna oraz codziennymi Spotkaniami ze Słowem w liturgii Kościoła katolickiego, który kocham, w którym wzrastam i w którym wypatruję zbawienia – dodam, żeby nikt nie miał wątpliwości, ani by nie było żadnych niepotrzebnych niedomówień. Kocham mimo różnych braków, mimo słabości ludzi, którzy Kościół tworzą, mimo różnych obiektywnych niedociągnięć albo wręcz jasnych i widocznych gołym okiem mankamentów.

Ta dzisiejsza miłość nie zawsze jednak tak samo wyglądała. Mój powrót do Kościoła po latach nie był wcale łatwą lekcją. Poza wszystkim innym, był w pierwszej kolejności lekcją pokory. Być może dlatego często tu o niej piszę, bo w końcu – w przeciwieństwie do czasów dzieciństwa i wczesnej młodości – zrozumiałem, a przynajmniej w jakiejś drobnej części pojąłem, jej sens i jej ogromne znaczenie. Pokora jest bowiem trybem, w którym najprościej można przyjąć Słowo w praktyce. Bez niej pewnie też jest to możliwe, bowiem Pan Bóg może wszystko i Jego dynamika wymyka się naszym statycznym wyobrażeniom i ciągotom, ale doświadczenie pokazuje, że z nią jest po prostu znacznie prościej. Bóg też nie po to dał nam wolność, by za nas podejmować decyzje. Pan może nam dać podpowiedzi, czasem nieomal zawstydzająco sugestywne, ale ostateczne decyzje musimy podjąć sami. To w naszych rękach spoczywa wybór właściwej Drogi. Od nas zależy przyjęcie Słowa i pójście za Chrystusem. Trwanie w Jego miłości. Trwanie w miłości Ojca. Odkrycie Ducha Świętego, Pocieszyciela, owej więzi miłości pomiędzy Ojcem a Synem.

Przekonanie, że pokora jest ważna, że jest piękna i pomocna jest czymś bardzo ulotnym. Kiedy tylko wszystko nagle zaczyna się układać, od razu budzi się pycha – stary wróg każdego, kto próbuje przekroczyć siebie i podążyć za Prawdą. Już zaraz pojawia się myśl, że oto ja jestem taki „ą-ę”, że tak mi się tutaj wszystko wspaniale udaje i w ogóle „mistrzunio, wiesz?”. A za pychą, która zawsze otwiera peleton, ciągnie szpaler innych naszych grzechów. Zaraz się ujawniają wszystkie nasze mroczne dróżki, ścieżynki i przesieki – te drogi, którymi nie chcemy chodzić, a jednak chodzimy. Zaraz to, co jeszcze chwilę temu – za sprawą łaski Bożej – było odległe i nieobecne, bije po oczach i dopomina się miejsca dla siebie. A nie! Oj nie… Już się rozgościło… Już zgasiło światło i mrok wszystko ogarnia. Już śmieci dokoła i plami, czego się tylko dotknie. Już piekielna impreza rozkręcona w najlepsze, huk grzechów zagłusza sumienie, a pycha domaga się, aby wpuścić więcej grzesznej ferajny.

Czasem jeden drobiazg może uruchomić lawinowy proces dezintegracji. Łaska pryska. Wyobrażenie o własnej doskonałości rozpływa się w niebycie, a w tym samym miejscu pojawia się wstyd i żal. Wtedy dobrze jest rozważyć pilne udanie się do spowiedzi. Mówię tu o sytuacjach rzadkich i nagłych. Jak wszystko leci na łeb, na szyję, to lepiej nie zwlekać. Trzeba dobrze kształtować swe sumienie, a potem się w nie wsłuchiwać i widzieć uruchamiające się alarmy. Spraw, Panie, aby kontrolki zawsze zapalały się w porę!

Mam od niedawna wspaniałego spowiednika. Widzę jak jak poprzez niego działa Pan Bóg. Podźwiga mnie z upadków. Miłosiernie patrzy na nieudolność prób i starań. Daje do myślenia. Nie narzuca rozwiązań, ale wskazuje kierunki. Przede wszystkim uważnie słucha. Piszę o tym, bo kiedy dziś przelewa się fala buntu antykościelnego i krytyki niemal wszystkiego, co wiąże się z Kościołem, a w rozmowach mieszają się odległe wydawać by się mogło tematy, słucham co i rusz różnorakich żali. Tak oto usłyszałem ostatnio, iż Kościół jest zły, bo wymaga spowiedzi usznej. Temat stary, kotlet odsmażany już nie raz, ale jakoś teraz mocniej mnie uderzył, bo i kontekst trochę się różni. Coraz większy jest brak zaufania wobec innych, ostatnio szczególnie wobec księży. Coraz mniejsza też wiara w to, że w sakramencie pokuty i pojednania spotykamy się z miłosiernym Bogiem, który chce nas zapewnić o swej trosce i swej miłości, oraz znów podarować nam wolność. Nie rezygnujmy ze spowiedzi tylko dlatego, że księża bywają różni. Warto znaleźć takiego, który będzie służył pomocą, bo sam będzie stał w prawdzie o swej własnej niedoskonałości i ze słabości będzie w stanie wyprowadzić – z Bożej łaski – moc potrzebną, by zmierzyć się z grzechem. To nie jest czas odrzucania sakramentów. Dziś potrzebujemy ich jeszcze bardziej.

Sakramenty przypominają nam bardzo ważną rzecz: Pan Bóg bezkreśnie nas kocha. To dopełnienie brzmi nieraz jak frazes… Dlaczego? Chyba zbyt często używa się tej frazy bez wiary w jej sens. Miłość Pana Boga do nas jest jednak naprawdę bezkresna! Udźwignęła każdy nasz grzech. Każdą naszą zniewagę. Każde wykroczenie. Każde zaniedbanie. Ojciec nie musiał tego robić, ale posłał Syna, by zaniósł na drzewo Krzyża wszystkie nasze przewinienia. W obliczu uświadomienia sobie tego faktu wszelka pycha powinna skruszeć, lecz niestety często brniemy w zaparte i nadal trwamy w grzechu. To jednak nie powstrzymuje Boga – Miłość jest wprost obezwładniająca. Z największego zła, z najbardziej spektakularnego upadku wyciąga i podnosi grzesznika. Więcej: przebacza winy i przywraca godność. Daje poczucie bliskości i wartości. Miłość to Chrystus. On jest ratunkiem. Jest zakorzenieniem. Jest zbawieniem.

Święty Augustyn – już po nawróceniu, już po tym jak odrzucił pychę i stał się pokornym dla Boga – tak napisał w Wyznaniach [IX, 1]: O, Panie, jam sługa Twój, jam sługa Twój i syn służebnicy Twojej. Potargałeś me więzy, przeto Ci złożę ofiarę dziękczynną. Niech Cię wysławia serce me, język mój, niech wołają wszystkie kości moje: Panie, któż podobny Tobie? A Ty odpowiedz, tak przemawiając do mojej duszy: „Zbawieniem twoim jestem”. A kim ja jestem i jaki jestem? Jakiegoż to zła nie było we mnie albo w czynach moich? A jeśli nie w czynach – to w słowach? A jeśli nie w słowach – to w intencji? Ty zaś, Panie, dobry jesteś i miłosierny. Sięgnąłeś swą prawicą aż do samej głębi mego konania. Stamtąd, z głębi mego serca, wydobyłeś – i precz odrzuciłeś – bezmiar zepsucia. A polegało ono nie na czymkolwiek innym, lecz na tym, że nie chciałem tego, czego Ty chciałeś, a chciałem tego, czego Ty nie chciałeś.

I tu się pojawia pytanie: jak odkryć, czego chce Pan Bóg? Chrystus sam odpowiada na to pytanie słowami wczorajszej Ewangelii [J 15,9-11]. Jezus powiedział do swoich uczniów: «Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna». Brzmi prosto? Niby tak, ale przynajmniej w mojej głowie od razu pojawia się kolejne pytanie: tylko jak trwać w zachowywaniu przykazań Ojca? I tu znów Słowo daje wskazówkę. Ewangelia środowa [J 15,1-8] jest kluczem do odpowiedzi.

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami».

Tak powracamy do Kościoła. Kościół jest – ma być i ma wciąż się stawać, mimo chwilowych, choćby i wielkich tąpnięć – miejscem wzrastania. Kościół – Mistyczne Ciało Chrystusa – stanowi krzew winny, w który wrastamy i za pośrednictwem którego przyjmujemy Miłość Bożą. Tego nie jest w stanie zmienić obecny kryzys, który osobiście postrzegam jako proces ożywczy, leczniczy, naprawczy. Wiem, że Kościół wyjdzie z niego obronną ręką, a bramy piekielne go nie przemogą. Kościół, który tworzymy my, wszyscy wierni – świeccy, duchowni, konsekrowani – oprze się złu, o ile tylko trwać będziemy w Chrystusie. Warto powtórzyć: Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami.

To jest czas wzrostu, mimo wydawać by się mogło niesprzyjającej aury i trudnego klimatu, jaki panuje wokół. To jest czas pogłębiania bliskości z Chrystusem poprzez większe zanurzanie się w sakramentach. To jest czas wchodzenia w głębię Eucharystii. Czas przekraczania własnych ograniczeń i dostrzegania bliskości Boga w sakramencie pokuty i pojednania. Czas stawania w prawdzie poprzez zwrócenie się w stronę Prawdy. Ten proces wymaga wyrzeczenia się pychy i przyjęcia życiowej pokory. Uderzenia się w pierś i wzięcia odpowiedzialności za Wspólnotę. To jest też czas rozwoju strefy duchowej. Teraz musimy także zintensyfikować modlitwę. Teraz właśnie powinniśmy powrócić do korzeni naszej wiary, poprzez jednoznaczne zwrócenie się ku Chrystusowi. Teraz warto medytować nad wolnością, jaka płynie dla każdego człowieka z miłości, danej nam przez Ojca.

Owa wolność jest czymś, z czego nie możemy zrezygnować. Ona wybrzmiewa w naszym sercu i w naszym sumieniu. Ona jest wezwaniem do odważnego mierzenia się ze złem. Ona wykuwana jest w modlitwie. Tam się hartuje. Tam odkrywany jest jej prawdziwy charakter. Brat Pierre-Marie pisał [17]: Módl się z ufnością. Twoja modlitwa ma większą, niż sądzisz, moc nad sercem Boga. Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego. Chrystus zapewnia Cię o tym. Wierz, że już otrzymałeś wszystko, o co poprosisz w swojej modlitwie, a będzie ci to dane. Dlatego dziś tak ważne jest, by działać, ale by każde działanie wyprowadzać z modlitwy. Samą modlitwą nie oczyścimy dziś Kościoła, ale bez niej oczyszczenie również się nie wydarzy. Jesteśmy powołani do budowania relacji z Bogiem poprzez czyny i dzieła naszych rąk, ale i poprzez kontemplację Pana. Jedno bez drugiego zawsze jest wybrakowane. Jedno bez drugiego jest puste lub łatwo może takim się stać. Tylko czyniąc to wszystko razem możemy prawdziwie wzrosnąć. Uczyńmy to z miłości do Miłości, tak by Pan Bóg był uwielbiony w swym Kościele – teraz i na wieki.

1 Comment

  1. Pan nasz Jezus Chrystus, w jedności z Bogiem Ojcem i Duchem Pocieszycielem, doskonale wiedział komu daje klucze do Królestwa Bożego. Wiedział o ułomności Piotra i pozostałych, zwłaszcza Judasza. A jednak dopuścił ich do siebie, błogosławił i uczynił swoimi świadkami. Dał nam ten ziemski niedoskonały Kościół a w nim sakramenty, które nie tracą przecież niczego z Boskiej mocy, nawet jeśli ich szafarz w głębi serca i ducha bywa łotrem i nie zasługuje na miano kapłana… Jakże wielka zasługa przed Bogiem, gdy wierny mimo tej świadomości trwa przy kapłaństwie i w Kościele… Bo dokąd indziej miałby się udać? Gdzie indziej znajdzie sakramenty i Dobrą Nowinę?

    „…10 jak jest napisane3:
    Nie ma sprawiedliwego, nawet ani jednego,
    11 nie ma rozumnego, nie ma, kto by szukał Boga.
    12 Wszyscy zboczyli z drogi, zarazem się zepsuli,
    nie ma takiego, co dobrze czyni, zgoła ani jednego.
    13 Grobem otwartym jest ich gardło,
    językiem swoim knują zdradę,
    jad żmijowy pod ich wargami,
    14 ich usta pełne są przekleństwa i goryczy;
    15 ich nogi szybkie do rozlewu krwi,
    16 zagłada i nędza są na ich drogach,
    17 droga pokoju jest im nie znana,
    18 bojaźni Bożej nie ma przed ich oczami.
    19 A wiemy, że wszystko, co mówi Prawo, mówi do tych, którzy podlegają Prawu. I stąd każde usta muszą zamilknąć i cały świat musi się uznać winnym wobec Boga, 20 jako że z uczynków Prawa żaden człowiek nie może dostąpić usprawiedliwienia w Jego oczach4. Przez Prawo bowiem jest tylko większa znajomość grzechu4.

    WIARA JEST ŹRÓDŁEM USPRAWIEDLIWIENIA

    Usprawiedliwienie dla każdego dzięki Chrystusowi

    21 Ale teraz jawną się stała sprawiedliwość Boża niezależna od Prawa, poświadczona przez Prawo i Proroków. 22 Jest to sprawiedliwość Boża przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich, którzy wierzą. Bo nie ma tu różnicy: 23 wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, 24 a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie które jest w Chrystusie Jezusie. 25 Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania przez wiarę mocą Jego krwi. Chciał przez to okazać, że sprawiedliwość Jego względem grzechów popełnionych dawniej – za dni cierpliwości Bożej – wyrażała się 26 w odpuszczaniu ich po to, by ujawnić w obecnym czasie Jego sprawiedliwość, i [aby pokazać], że On sam jest sprawiedliwy i usprawiedliwia każdego, który wierzy w Jezusa.
    27 Gdzież więc podstawa do chlubienia się? Została uchylona! Przez jakie prawo? Czy przez prawo uczynków? Nie, przez prawo wiary. 28 Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa. 29 Bo czyż Bóg jest Bogiem jedynie Żydów? Czy nie również i pogan? Zapewne również i pogan. 30 Przecież jeden jest tylko Bóg, który usprawiedliwia obrzezanego dzięki wierze, a nieobrzezanego – przez wiarę5. 31 Czy więc przez wiarę obalamy Prawo? Żadną miarą! Tylko Prawo właściwie ustawiamy…” (Z listu św Pawła do Rzymian)
    Wiara jest łaską… Spływa na tych którzy naśladują Pana… Zamiast chałasować przeciwko Kościołowi, na uciechę tylko i wyłącznie przeciwnika, który żeruje na zwątpieniu i podjudza do buntu, trzeba wytrzymać w wierności, bez złudzeń że jakiekolwiek państwo czy prawo uzdrowi sytuację. Gdyby tak było, to nie dochodziło by nigdy do złamania prawa. Nie byłoby wypadków drogowych, kradzieży, zabójstw i całej reszty przestępstw i wykroczeń, tak mocno obwarowanych konsekwencjami w postaci kar wszelakich. Jak widać prawo i sankcja same z siebie nic nie znaczą, jeśli ktoś ma w sercu diabła, albo ulega jego podszeptom. Więc atak na Kościół to po prostu samobójstwo. Każdy jeden wybryk, który jest osobistą odpowiedzialnością tego który go dokonuje (albo widzi/wie i nie reaguje), nie stanowi też nigdy racji do odpowiedzialności zbiorowej.
    „…Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych…”
    I jak to powiedział św Jacek Odrowąż „Zaufaj Kościołowi”.
    „Wiary Godne II Dlaczego Kościół ma strukturę hierarchiczną”

    Polubienie

Odpowiedz na Odys syn Laertesa Anuluj pisanie odpowiedzi

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s