Krok naprzód wykonany z Bożą pomocą

30/5/2019

Te ostatnie dni, a wręcz tydzień z okładem, to nie był dla mnie łatwy czas. Mam na myśli moje codzienne przeżywanie relacji z Panem. W tym moim szczególnym czasie, który trwa od Popielca, nadszedł moment, którego się spodziewałem i byłem nawet nieco zaskoczony, że wciąż nie nadchodzi. Chodzi o szczególny czas przejścia, który pozwala oddzielić rzeczywistość od bajki. Tę chwilę, kiedy ludzie przestają być aniołami, a są po prostu ludźmi. Kiedy ekscytację zastępuje rutyna. Kiedy przyjmuje się otaczający świat nie takim, jakim chce się go widzieć, ale jakim jest. To zawsze bardzo ważny, jeśli nie najważniejszy, moment w przypadku rozeznawania właściwie czegokolwiek, bo właśnie kiedy nastąpi można w końcu zacząć podejmować rozważne i sensowne decyzje. Tu zaczyna się krystalizować odpowiedź na pytanie o prawdziwy powód, dla którego znalazło się na danym szlaku. Tu również można zacząć dostrzegać prawdziwy cel wędrówki. Tym samym, tu zaczyna się podejmowanie decyzji odnośnie kontynuacji szlaku i ewentualna korekta azymutu.

Ów moment przejścia nastąpił w minionych dniach. Mimo iż mówię o momencie, to cały proces trwał znacznie dłużej niż chwilę i – tak jak wspomniałem na wstępie – wcale nie był łatwy. Jestem już teraz w fazie zwyżkowej, za co po stokroć chwała Panu, ale zawsze przyda się Wasze wsparcie modlitewne, tak więc o nie się zwracam i z góry za nie dziękuję. Zły w takich sytuacjach sączy do serca lęki, gra na słabościach, próbując jedną iskrą wzniecić ogień, bierze w klincz, podsuwając przyjemne, acz puste scenariusze. Kusi też i próbuje wyprowadzić na bezdroża, licząc najpierw na nasze potknięcie, a jeśli ono nastąpi na nasz upadek. Można być pewnym, że zrobi wszystko, by nie pozwolić nam się z niego zbyt szybko podnieść. Pomoc zawsze przyjść może od Pana, ale kiedy leży się wbitym w ziemię nie zawsze to widać i nie zawsze prosto tę prawdę przyjąć. W tych dniach zły ostro walczył, ale przegrał z kretesem. Próbował przeciągnąć linę na swoją stronę, ale choć bywało ciężko, choć już się zdawało, że duch walki słabnie i morale maleje, Pan okazał moc swego ramienia i nie pozwolił, bym upadł – bym zwątpił w obraną Drogę.

W dzisiejszej i wczorajszej Ewangelii Jezus doskonale tłumaczy swym uczniom, z jakimi trudnościami na obranym szlaku będą się mierzyć. Słowo przywoływane dzisiaj [J 16,16-20] czytam przez pryzmat tych ostatnich dni bardzo mocno. «Pytacie się jeden drugiego o to, że powiedziałem: „Chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie?” Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz przemieni się w radość». Relacja z Bogiem może czasem wydawać się jednostronna. Przychodzi mrok. Przychodzi osamotnienie. Pojawia się duchowy smutek i łzy cierpienia. To zdarzyło się wielu świętym i mistykom. Tym, którzy byli blisko Pana – nieraz bliżej niż inni, na pewno bliżej ode mnie. Święty Jan od Krzyża w swym dziele „Noc ciemna” rozprawiał o cierpieniach duszy, doświadczanej przez Pana ciemnością, rozłąką i osamotnieniem. Doświadczała jej przez 50 lat święta Matka Teresa z Kalkuty. Święta Teresa z Lisieux pisała: „Im większy ból i im ciemniejsza ciemność, tym słodszy będzie mój uśmiech dla Boga”. To właśnie ów smutek, który przemienia się w radość. Cierpienie Jezusa, które dopełnia się w naszym jednostkowym cierpieniu.

Słowo wczoraj czytane [J 16,12-15] przypomina, że nie jesteśmy jednak nigdy sami. W tym naszym cierpieniu i w tym naszym wrażeniu osamotnienia. Szczególnie zaś, kiedy zły wystawia nas na próbę. Bóg bowiem jest obecny wśród nas. Mamy Parakleta, Ducha Świętego, Pocieszyciela, który nas prowadzi i do którego możemy się zwrócić o pomoc. On przepełnia nas swymi darami i przeprowadza przez najciemniejsze z dolin. Jezus powiedział do swoich uczniów: «Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi». Miłość Ojca do Syna i Syna do Ojca, która jest nam dana, byśmy i my, czerpiąc z Niej, mogli miłować Boga w innych ludziach – naszych braciach, naszych siostrach. Duch Prawdy, który w naszym sercu, w naszej głębi, a także w naszym sumieniu oznajmia nam wciąż na nowo Drogę, która nas wiedzie w Światłość zdarzeń przyszłych, ku Chwale Boga. Towarzyszy nam, tak jak my mamy towarzyszyć naszym siostrom i naszym braciom. Umacnia nas, tak jak my mamy umacniać innych – w naszej wierze, w naszej miłości, w naszym podążaniu do Nowego Jeruzalem.

Tak oto w tych niełatwych dniach Pan Bóg pozwolił mi wykonać krok naprzód, przy moim skromnym współudziale, który polegał li tylko na powiedzeniu, że pragnę pójść dalej i pragnę wykonać ów kolejny krok. To wymagało zaufania Mu. Pomogła konsekwencja. Ona zawsze przypomina o obranych kierunkach. Pan przemawia przez pamięć naszych wyborów, choć to samo potrafi też czynić książę ciemności i mistrz kłamstwa. Dlatego warto się wsłuchać w głos serca. Usunąć zakłócenia fal, które są następstwem naszych grzechów, w czym pomocna jest spowiedź. Oczyścić przekaz ze światowych naleciałości. Przedsięwziąć działania, mające na celu eliminację wszelkiej kontaminacji – tego, co nie ma wiele wspólnego ze Słowem. Serce czyste zawsze wie, co jest dobre, a co złe. Serce otwarte na głos Ducha zawsze znajdzie umocnienie i nie pozwoli chwiejnemu człowiekowi zejść na bezdroża. Dzięki Ci, Boże, że jesteś i czuwasz. Dzięki, że konsekwentnie mnie ku sobie prowadzisz. Dzięki, że stawiasz mnie w prawdzie i dajesz moc, by wybierać właściwie. Dzięki Ci, Panie, że jesteś żywy w mych braciach – ludziach z krwi i kości, obecny w tym niebajkowym świecie, w jakim wspólnie żyjemy, i rozpraszający rutynę dnia swą bezkresną miłością, której doświadczam przede wszystkim wówczas, gdy potykam się, gdy upadam i nie mam siły się podnieść. Wówczas czuję Twą miłość – kiedy wspieram się na Twym ramieniu i podnoszę się, by móc Cię dalej wielbić, po trzykroć Święty, Królu słabych i ubogich, Zbawco grzeszników.

1 Comment

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s