O jednej przygodzie ze Słowem

10/7/2019

Rozważałem pisanie o milczeniu, ale powróciło do mnie wspomnienie rozgrywającej się na przestrzeni kwietnia i maja przygody ze Słowem, a konkretniej z Ewangelią według świętego Mateusza. Mogłoby się zdawać, że przez niemal dwumiesięczne rozciągnięcie w czasie powinna ona była stracić coś ze swej esencji, ale tak się nie stało. Rozmowa toczyła się niespiesznie. Kolejne jej etapy miały czas, by osiąść, by okrzepnąć. Pan zadbał, aby nić tkana była równomiernie i aby koniec nadszedł we właściwej chwili. Równocześnie dawał sytuacje, które stanowiły punkty zaczepienia, odnośniki, wyjaśnienia, kiedy tylko pojawiała się taka potrzeba. Przygoda, w którą zabrał mnie wiosną Bóg okazała się ważna nie tylko punktowo, ale przyczyniła się do wykonania przez mnie kolejnego kroku. Stanowiła rozeznanie terenu, przygotowanie przedpola do wykonania kroku oraz przyczynek do zaznaczenia na mapie mojego życia śladu Drogi.

Aby wykonać krok, trzeba ruszyć z miejsca. Trzeba wiedzieć dokąd się zmierza, więc trzeba posłuchać i usłyszeć. Właściwy początek Drogi zaczyna się tam, gdzie zaczynam kroczenie za głosem. Ten Boży głos mówi do mnie z głębi serca i oferuje mi konkretną, przygotowaną dla mnie ofertę przejścia przez życie. Mówi: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Opieranie się wydaje się bez sensu, choć rozum podpowiada: uciekaj! Doświadczam jednak błogiego stanu pokoju, kiedy następuje przystanie na propozycję. Idę! Nie wiem do końca jak i nie wiem też, jaką dokładnie trasą mnie powiedziesz, ale idę. Pragnę pójść bliżej Ciebie. Pragnę iść krok w krok, by lepiej słyszeć, co masz mi do powiedzenia. Widzę, że poprzez Słowo starasz się mi pokazywać coraz więcej. Każdego dnia ma miejsce pogłębienie znajomości warunków. Wiem już, że nie będę mógł zabrać wiele. Wiem, że trzeba będzie odciąć wiele linków łączących mnie ze światem. Wiem, że ostatecznie nastąpi wyrzeczenie się siebie – dziś jest to składana przeze mnie deklaracja, ale to czas wypełni ją znaczeniem i nada jej mocy.

W takim punkcie czuje się, że przygoda nabiera tempa. Wektor przekierowuje się z przeszłości w przyszłość. Po wyrzeczeniu się siebie przychodzi czas na wyciszenie, aby usłyszeć. Trzeba ponownie zasłuchać się w głos. Trzeba znów dać przestrzeń Bogu, aby działał. Słuchanie jest potrzebne, aby wzrosnąć, wzrastanie zaś konieczne, aby prawdziwie za Nim pójść. Był Poniedziałek Wielkanocny – dwa lata później. Doskonały punkt startowy, aby przedsięwziąć kolejny krok. Kulminacyjnym punktem tego dnia była Eucharystia. Przeżyłem rodzaj oczyszczenia, poprzedzony szczerym wzruszeniem. Zwerbalizowało się we mnie konkretne pragnienie. Wzrastanie rozpoczęte! Dokąd mnie doprowadzisz, Panie?

W ten czas Oktawy Wielkanocnej Słowo mocno przyciągało mnie ku sobie. To przyciąganie dopełniło radości zmartwychwstania. Śmierć pokonana, a życie znajduje się na wyciągnięcie ręki. Chrystus mnie zaprasza, więc rozpoczynam przyjmowanie Bożego zaproszenia. Za moim „Tak!” podąża przemiana serca. Za moim aktem woli następuje proces otwierania się na wolę Najwyższego. Skamielina grzechu pęka – w pył się obraca. Teraz z Bożej woli dokonuje się upodmiotowienie nawróconego grzesznika. «Oto czynię wszystko nowe». Doświadczam przedsmaku apokaliptycznej obietnicy we własnym życiu. Obietnica przebaczenia i obietnica usynowienia ucieleśniają się, a ja czuję się bardziej godny i bardziej ludzki.

Na ludzi właśnie Pan kieruje moją uwagę. Chodzi o umiłowanie Boga w drugim człowieku. To jest bliskie mi spojrzenie, bo sam będąc umiłowanym wiem, że najcenniejszym darem, jaki można komuś ofiarować, jest miłość. I to nie przekreśla wiernego służenia Bogu – to jest tylko wzmocnienie tejże służby. Kluczem jest jednak zawsze modlitwa. Startem jest zawsze modlitwa. Domem jest zawsze modlitwa. Poprzez Ewangelię Bóg jasno mówi mi, bym poddał się, tak by dokonało się moje pełne zanurzenie w modlitwie.

I końcówka poszarpana, ale to pewnie nie był czas i nie miejsce, aby bardziej zgłębić dwa ostatnie etapy. Dostałem więc namiastkę, ale jakże cenną. Znaczącą też, gdyż jasno pokazała, że Pan nie chce mnie trzymać w niepewności – uchyla rąbka tajemnicy. Po pierwsze uczula na upokorzenie ze strony zawistników. Krzyż na ramionach nieść przez życie – czyż nie to jest największym wyrazem miłości, do jakiej jesteśmy wezwani? „Ja” nie jest ważne, a z pewnością nie jest najważniejsze. Każde więc upokorzenie jest ciosem zadanym „ja”, a zatem zdarzeniem choć trudnym, to budującym. Zawistnych, nikczemnych i złych nie trzeba się bać. Na ich ciosy trzeba odpowiedzieć miłością. Zadawane przez nich rany przyjąć i ofiarować w ich intencji, a także w intencji przebłagalnej za wszelkie rany, które ja kiedykolwiek komuś zadałem.

Po drugie Pan uczula mnie, bym dalej budował przyjaźń ze Słowem. Podążanie za żywym Słowem to jest wezwanie trudniejsze i bardziej kompleksowe niż mogłoby się wydawać. Słuchać Słowa, przyjmować Je, nawet Je głosić to nic w porównaniu z życiem Nim – tak do końca. Słowo, wypełnij więc każde me działanie, każdą literę zapisywaną lub wypowiadaną, każdą myśl rodzącą się w umyśle. Słowo żywe, pragnę żyć Tobą! Kocham. Z tego punktu wyruszam w dalszą Drogę.

1 Comment

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s