Żywe serce to serce gotowe na rany

4/8/2019

Pokropię was czystą wodą, abyście się stali czystymi, i oczyszczę was od wszelkiej zmazy i od wszystkich waszych bożków. I dam wam serce nowe, i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali. To czytanie [Ez 36,25-27] z porannej liturgii godzin – z jutrzni.

Miłość chrześcijańska bije w sercu. Nie w tym organie, mięśniu-przepompowni, ale w sercu ducha, które jest mieszkaniem Boga żywego. Miłość bije w nim mocno, o ile tylko serce jest żywe, to znaczy nie jest zamienione w bryłę lodu albo w głaz. Bóg wzywa swe dzieci, aby z otwartym sercem, przepełnionym Miłością, iść do bliźniego, choćby nawet był wrogiem. Odważne wezwanie. Obnaż się, zrzuć wszelki pancerz chroniący serce i idź z Miłością do ludzi, co czasem będzie także oznaczać: idź między wilki. Bóg wzywa nas, byśmy poszli, choćby i miało to oznaczać zranienie. Choćby to miało oznaczać cierpienie. Serce wrażliwe na ból innych, samo musi zaryzykować przyjęcie ciosów. Serce pragnące podźwignąć serce kogoś, kto stracił wszelką nadzieję, musi się liczyć z tym, że samo ulegnie beznadziei. Może na trochę. Oby nie na zawsze. Ryzyko, jak widać, jest ogromne, a jednak Bóg zaprasza nas, byśmy szli z otwartym sercem miłować bliźniego. Jezus przecież dokładnie to uczynił, przyjmując od Ojca posłusznie i z pokorą zbawczą misję, która zawiodła Go na krzyż.

Proza życia: kiedy idzie się do osób bezdomnych trzeba wiedzieć, że różnie może być z higieną. Wiesz też, że ktoś może być nosicielem różnych chorób zakaźnych. Akceptujesz to lub nie idziesz – w gruncie rzeczy prosta zero-jedynkowa sytuacja. Przychodzi jednak w końcu takie zdarzenie, kiedy mimo tego że znałeś ryzyko, to i tak nagle tracisz grunt pod nogami. Spędzasz z kimś dużo czasu, siedząc blisko. Ten ktoś kaszle, a przy tym nie dba o zasłanianie ust. Później okazuje się, że ma gruźlicę. Co ma?! Przecież na gruźlicę umierali w XIX wieku zubożali poeci… To prawda, ale dziś ludzie również na nią chorują i jest ich znacznie więcej niż dałoby się policzyć na palcach obu rąk. Choroba atakuje osłabione organizmy, wycieńczone, niedożywione. Straszna sprawa, jeśli człowiek nie podda się leczeniu… Wracając jednak, zadajesz sobie wówczas pytanie: i co teraz? Czy mogłem się zarazić, a w konsekwencji czy zostanę zmuszony do wielomiesięcznej hospitalizacji? I tu, jak doskonały by człowiek nie był, przyjdzie ten moment z podkuszenia diabła, kiedy zapyta się sam siebie: i po co mi to wszystko było? Pojawi się zwątpienie w obliczu chwilowej bezradności, a dobra, uspokajająca odpowiedź znajduje się przecież na wyciągnięcie ręki i jest tylko jedna: z umiłowania Miłości, a także z chęci dzielenia się Nią i okazywania Jej innym.

Miłość wiedziała, co nastąpi, a oddała się. Jezus wybrał krzyż w pełni świadomie i nie wycofał się. W samotności Ogrójca – mimo obecnych nieopodal Apostołów, w samotności Drogi Krzyżowej – mimo tłumu gapiów, a także w samotności Krzyża – mimo dwóch łotrów zawieszonych z obu stron – Chrystus przyjmuje rany, bo poprzez nie na świat rozlewa się Miłość. W samotności stajemy przed Bogiem i w samotności zmierzamy przez życie, choćby i otaczały nas tłumy – bliskich, dalekich, podzielających, zdawałoby się, nasz los. Tą samotność nieraz chcemy odrzucić. Nieraz przyjmujemy ją na opak – tylko fasadowo. Przyjąć samotność mimo naporu tłumu i wytrwać w niej, skoro taka jest Twoja wola. Przyjąć samotność w sercu, by zmieścić w nim setki, tysiące innych serc – oto Droga.

Rana może być znacznie głębsza niż fizyczna, bo może być duchowa. Drugi człowiek potrafi zranić dogłębnie. Zakorzenia się w naszym sercu niczym dorodny dąb, a później odcina nagle pień tuż przy naszym sercu. Korzenie gniją i zatruwają serce jadem. Złe emocje przenikają do strefy ducha i toczą w nim duchową gangrenę. Tu jest moment na przyjęcie ożywczej mocy Miłości Bożej. W tej ranie Ona rozbłyska i powstałą pustkę zastępuję Pełnią. Jak łatwo jednak można o tym zapomnieć i przyzwolić na to, by zranione serce obeschło i zmartwiało do reszty… Jak łatwo można dopuścić do tego, by miarowe, spokojne, rytmiczne bicie serca, a później nawet to bicie przerywane i nierówne zanikło nagle, zamarło niepostrzeżenie…

Martwe serce to serce niezdolne, by przyjąć Bożą Miłość, a zostaliśmy stworzeni właśnie po to, by Ją przyjmować i pozwalać Jej wzrastać w nas. Już nie ja, a Bóg. Już nie moja wola, a Jego. Teraz zanikam w sobie, aby On mógł wzrosnąć we mnie. Przebóstwienie następuje tam, gdzie człowiek się uniża, upokarza, umniejsza. Trudna lekcja w czasach indywidualizmu. W czasach terroru jednostkowych sukcesów. W czasach mody na samorealizację, samodoskonalenie i samorozwój. Czasem aż chce się zapytać: czy jeszcze możliwa? I w odpowiedzi przychodzą święci ludzie spotykani na drodze, którzy żyją tą nauką Chrystusa co dnia. Pocieszenie zsyła Pan swoim dzieciom, by się nie poddawały.

Powyższe refleksje krążą wokół tematu poruszonego wczoraj przez rekolekcjonistę na marginesie dobrego i systematycznego wykładu o kolejnych mieszkaniach zamku wewnętrznego świętej Teresy od Jezusa. Przywołał piękny cytat ze współczesnego grekokatolickiego mnicha, Starca Paisjusza, cudownie dotykający sensu zranionego serca w kontekście Bożej Miłości. Tylko człowiek z sercem zranionym, krwawiącym i przebitym może kochać, bo serce, które jest zdolne do tego, by być zranionym, jest sercem z ciała, a nie z kamienia. Jedynie żywe serce można zranić – kamiennego się nie da. Dlatego też siła kochania jest w ranliwości. A my najczęściej albo mamy serce z kamienia, albo chcielibyśmy je mieć, by nas nikt już więcej nie zranił. Człowiek, który lęka się zranienia, lęka się też miłości, prawdy – lęka się i siebie, i innych, i Boga… I kamienieje.

Tu jeszcze fragment z Księgi Życia Jeruzalem [101]. Tylko łaska pozwoli ci zrozumieć tajemnicę zazdrosnego Boga, który pragnie wszystkiego dlatego, że wart jest więcej niż wszystko, i już tutaj może cię napełnić wszystkim. Oddaj Mu swe uczucia zarówno prawowite, jak i nieuporządkowane, oczyść w sobie pamięć, wspomnienia, najskrytsze pragnienia, a zobaczysz że twoje serce z kamienia stanie się sercem z ciała, a serce z ciała stanie się sercem nowym, nosicielem nowego Ducha. Miej ze swymi braćmi jedno serce, wzrastające w jedną miłość, jedną duszę, jednego ducha. Daj, Boże, takie serce – czyste, zjednoczone Miłością, które nigdy nie skamienieje. Daj, Panie, zawsze opowiadać się za sercem żywym – tym gotowym przyjmować Ciebie. Daj spłonąć od Twej Miłości, bym już teraz nie ja, a Ty. By już nie moja wola, a Twoja. Bym zanikł w sobie, abyś Ty mógł wzrosnąć we mnie i niepodzielnie władać mą duszą. Z mojej, bo Twojej woli niech się tak stanie.

1 Comment

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s