Owocny sierpniowy czas pustyni

27/8/2019

Milczący ten mój sierpień. Nie dość, że powściągam się w mówieniu, to jeszcze nic nie piszę. Zależało mi jednak, aby przeżyć ten sierpniowy czas pustyni we względnej ciszy. I tak w natłoku pracy, jako że zastępuję przez miesiąc jednego z braci, równocześnie niezmiennie wykonując swoje obowiązki zawodowe, wymagało to – szczególnie na początku – pewnej ekwilibrystyki, ale udało się ułożyć rytm dnia tak, by znaleźć czas na wszystko. I aby dobrze przeżyć ten miesiąc. Intensywny to czas. Wciąż bardzo intensywny, choć wydawało się, że w sierpniu nastąpi jakieś spowolnienie. Gdzie tam! Pan Bóg miał inny plan, a ja postanowiłem się nie sprzeciwiać i wsłuchiwałem się w to, co miał mi do powiedzenia lub pokazania, i podejmowałem to, co oferował mi do przeżycia. Intensywny ten sierpień, bo wiele balastów odpadło. Rakieta wystartowała, czas niepewnego równania ma za sobą (na chwilę, bo przecież kolejny dzień, tydzień, miesiąc odkryje nowe fazy lotu, które znów będą się zaczynać od jakichś turbulencji) i weszła na właściwy kurs. Żegnaj świecie – witaj kosmiczna przygodo!

Jak na złość łamie mnie od wczoraj w kościach. Klimatyzacja to zło. Klimatyzacja w środkach transportu publicznego, ustawiona na tryb „zima w lecie” to zło do kwadratu! Nie pamiętam kiedy tak mnie bolało gardło. A to zatoki zapchane, a to z nosa cieknie. Ja przez to marudny… Paradoksalnie jednak, chyba właśnie przez to przeziębienie, piszę. Miałem dziś wyjść, spotkać się z niewidzianą od ponad pół roku, bliską mi rodziną, a tu nagle zostałem uziemiony… Wcześniej, dzień po dniu odpuszczałem doraźne komentowanie. Dzień po dniu powściągałem się, kiedy pojawiała się myśl, by coś napisać. Wszystko to z prostego powodu – ten czas dużo wnosił nie tylko do mojej relacji z Panem, a to o niej staram się tu pisać, ale wiązał się też bardzo mocno z podejmowaniem konkretnych wyzwań stawianych mi przez Boga.

Czułem i wciąż jeszcze czuję się trochę jak Herkules wykonujący dwanaście prac. Co i rusz jakaś próba, ale także co chwila poczucie, że znów posunąłem się krok naprzód i że tych kroków (w tej fazie mojej kosmicznej podróży) jest już przede mną coraz mniej. To cieszy i mobilizuje. Napełnia też nową energią. Równocześnie jednak, wszystko to jest bardzo osobiste, więc świadomie odpuszczałem dzielenie się tutaj tymi kolejnymi krokami. I tak pisząc ten niecodziennik miewam niekiedy poczucie, że balansuję na granicy akceptowalności odsłaniania siebie. W tym wypadku miałem jednak pewność, iż dzieląc się przeżyciami i przemyśleniami zwyczajnie napisałbym o parę zdań za dużo. Są sprawy, którymi dzielić należy się w wąskim gronie lub jedynie z nielicznymi. Są sprawy, które muszą pozostać między mną a Bogiem. Ten letni czas taki właśnie jest – na swój sposób intymny i taki nieco mniej inkluzywny niż zwykle. To w końcu czas pustyni. Jest Bóg, który wyszedł mi naprzeciw, i jestem ja, zmierzający Mu na spotkanie. Napiszę więc tylko tyle, ile wydaje się stosowne.

Dziś wspomnienie świętej Moniki, matki świętego Augustyna, którego wspominać będziemy jutro. Wiosną zacząłem się z nim zapoznawać i zaprzyjaźniać. Wyznania przybliżyły nie tylko postać wielkiego Doktora Kościoła – historię jego nawrócenia, ale również udział jego matki w tym akcie łaski Bożej, którą w wolności przyjął w końcu sławetny święty. Tak pisał o przybyciu swej matki do Italii: Teraz przybyła do mnie matka moja. Pobożność dała jej siłę do wędrowania za mną przez ziemię i morze, a ufność pokładana w Tobie obdarzyła ją spokojem niewzruszonym wśród wszelkich niebezpieczeństw. Gdy okrętowi groziło zatonięcie, to właśnie ona dodawała otuchy marynarzom, tym, do których podróżnicy nieobyci z morzem zwykle zwracają się o pomoc i pokrzepienie, ilekroć trwoży ich burza. Obiecała im bezpieczne przybycie do portu – Ty sam bowiem to jej obiecałeś w widzeniu. Monika jest niczym Maryja. Jest ufna. Jest pewna Bożej obietnicy. Jest niewzruszona w swej wierze. Mam to szczęście, że i moja Mama jest taka. Modliła się za mnie, kiedy byłem daleko od Boga. Modli do dziś. Jej żarliwe wstawiennictwo z pewnością jest przyczyną licznych łask, których dostępuję niezasłużenie. Wdzięczność dla Mamy, która na wzór Matki, wczoraj wspominanej jako Pani Jasnogórska, konsekwentnie wstawia się za mną u Boga każdego dnia.

Przywołuję tutaj świętego Augustyna wcale nie bez kozery. Choć z przeszłością – za sprawą Słowa i Bożego prowadzenia – uporałem się i pokornie zawierzyłem ją Panu, wciąż uczę się jak mierzyć się ze słabościami codziennymi, z pokusami – sidłami złego, z niemocą własnej wolności. Czytam niespiesznie książkę Starca Paisjusza, zatytułowaną Pokajanie, na którą na początku sierpnia – za rekolekcjonistą, od którego o niej usłyszałem – już się powoływałem. Wczoraj przeczytałem tam taki piękny fragment [str. 111], przywołujący postać świętego Efrema Syryjczyka, innego Doktora Kościoła, diakona, nazywanego Prorokiem Syryjczyków, syryjskim Eliaszem, Kolumną Kościoła, Harfą Ducha Świętego, autora – według mnie – najpiękniejszych hymnów wielkopostnych (moja ukochana Pieśń o zmartwychwstaniu umarłych – czysta poezja: Jak podobny jest zmarły do tego co zasnął, śmierć – do snu, zmartwychwstanie – do poranku!) i na cześć Bogurodzicy – Theotokos (np. Żale Najświętszej Panny nad cierpiącym Jezusem, których krótki fragment: Tyś moim ojcem, bratem i synem. Tyś moim życiem, otuchą, nadzieją i obroną. Tyś mą pociechą. Tyś mym Panem i Bogiem. Tyś mym Stwórcą!).

O św. Efremie mówiono, że jest „Słońcem Syrii”, lecz przed swoim nawróceniem podobny był raczej do wzburzonego oceanu, ciemnego jak otchłań, wypełnionego gniewliwością. Po długim trudzie pokajania pisał: „Pan nie ociąga się w wysłuchiwaniu tych, co przychodzą do Niego z otwartym sercem. I nie czyni wyrzutów grzesznikowi znów przychodzącemu do Niego, mówiąc: <<Czemuś tak długo służył wrogowi, gardząc Mną, Twoim Panem?>>. On nie zwraca uwagi na to, ile czasu minęło, lecz zwraca uwagę na pokorę, łzy i wzdychania tego, który upada przed podnóżkiem stóp Jego, i od razu przebacza mu wszystkie jego grzechy i błędy dokonane w myślach i uczynkach, i wszystkim aniołom daje nakaz radowania się z powodu powrotu duszy grzesznika”. Słowa Efrema wpisują się w moje osobiste doświadczenie. Myślę, że i święty Augustyn ze swym doświadczeniem odnalazłby się w tym opisie.

Nie można nad tym przejść zbyt prosto czy tym bardziej z lekceważeniem! Otrzymawszy tak wielki dar, musimy się nim dzielić. Doświadczywszy miłości Boga, musimy iść i obdarzać tą miłością innych ludzi. Jeszcze jeden fragment [str. 115] z przywoływanej książki. Największą rewolucją jest ta, kiedy upodabniasz się do Jezusa Chrystusa, który zostawia całe stado owiec, aby iść za tą jedną, aby ona nie straciła życia. A przy tym, kiedy gotowy jesteś stracić swoją twarz, swoje dobre imię, prestiż i poważanie, nawet wśród najbliższych po to, aby Ewangelia miała sens: „bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo coż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci…” (por. Łk 9,24-25). Iść do Boga w drugim człowieku – w pojedynczym spotkaniu, w drobnym geście, w bezinteresownym akcie miłości. Sierpień na szczęście był też o tym, bo miałem przyjemność kolejny rok z rzędu uczestniczyć w Wakacjach z Ubogimi organizowanymi przez warszawską Wspólnotę Sant’Egidio. Piękny czas – poznawania, wzajemnego obdarowywania, radości i miłości. Czas rozpoczęty z Matką Bożą i Jej opieką naznaczony.

Otrzymałem też łaskę uczestniczenia wraz z braćmi i siostrami we wspólnej Eucharystii 15 sierpnia – na Podlasiu, w zaprzyjaźnionej, malowniczo położonej pustelni. Doskonale ujmuje radość życia we wspólnocie wieczorny psalm [Ps 133], śpiewany lub odmawiany nieraz podczas komplety: Oto jak dobrze i miło, gdy bracia mieszkają razem; jest to jak wyborny olejek na głowie, który spływa na brodę, <brodę Aarona, który spływa na brzeg jego szaty>, jak rosa Hermonu, która spada na górę Syjon: bo tam udziela Pan błogosławieństwa, życia na wieki. Sierpień uświadomił mi, na czym może polegać dramat przebywania razem w jednym miejscu, ale bez tworzenia wspólnoty, o co łatwo np. na plebani, ale niekiedy również w rodzinie. To, co na co dzień można pomylić z reżimem godzin, zadań i trybów, ukazuje w obliczu doświadczenia pustki i zagubienia swoje rzeczywiste ogromne bogactwo. Przy okazji święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny byłem w stanie jasno nazwać, za czym tęsknię: za wspólnotą braterstwa, wspólnotą liturgii i wspólnotą zasad funkcjonowania. Utwierdziłem się tym samym w przekonaniu, zwerbalizowanym z początkiem sierpnia, że wspólnota znosi i wypełnia wszystko – równocześnie wytrzymuje i deklasuje, a także naznacza sensem i treścią. Widziałem to też w oczach Małych Braci Jezusa w Izabelinie, których miałem okazję poznać w ostatnią niedzielę. Wspólnota – przeżywana w wierze, w duchu prostoty i braterstwa, nacechowana miłością i dobrą wolą – ma swój najgłębszy, Boży sens.

Sierpień powoli dobiega końca. Pożegnaliśmy dotychczasowego przeora, Benedykta, zmierzającego do dalekiego kraju, a przy pożegnaniu Pan obiecywał [Iz 66,18-21]: «Ja znam ich czyny i zamysły. Przybędę, by zebrać wszystkie narody i języki; przyjdą i ujrzą moją chwałę. Ustanowię u nich znak i wyślę niektórych ocalałych z nich do narodów Tarszisz, Put, Lud, Meszek i Rosz, Tubal i Jawan, do wysp dalekich, które nie słyszały o mojej sławie ani nie widziały mojej chwały. Oni rozgłoszą chwałę moją wśród narodów. Z wszelkich narodów przyprowadzą jako dar dla Pana wszystkich waszych braci – na koniach, na wozach, w lektykach, na mułach i na dromaderach – na moją świętą górę w Jeruzalem – mówi Pan – podobnie jak Izraelici przynoszą ofiarę pokarmową w czystych naczyniach do świątyni Pana. Z nich także wezmę sobie niektórych jako kapłanów i lewitów». Zaraz będziemy witać nowego przeora, dobrze znanego Ireneusza-Marię. Nowy czas przed wspólnotą – z Bożej łaski niech będzie to dobry czas! Prośba, byście zanieśli w tej intencji do Boga modlitwę, przez ręce Najświętszej Maryi Panny, naszej najdroższej Matki.

Ja też niebawem wybywam. O ile tylko nic nie stanie na przeszkodzie. Jeśli tylko bracia swe zezwolenie powtórzą. Najpierw czeka mnie modlitwa o pokój w duchu Asyżu, gromadząca przedstawicieli większości światowych religii i wyznań, w tym roku organizowana przez rzymską Wspólnotę Sant’Egidio w Madrycie, a przy okazji drugie spotkanie Europeans for Peace. Później natomiast wymarzona pielgrzymka Drogą św. Jakuba, czyli Camino de Santiago. Miałem iść i prosić Pana, a dziś już wiem, że idę dziękować. Lipiec i sierpień całkowicie zmieniły moją perspektywę – Bóg zmienił mój sposób patrzenia. Dzięki Ci, Panie, za Twą łaskawość, za Twe jasne światło, za dar przyjmowania Twojego Słowa. Przemawiałeś tak czytelnie jak to tylko możliwe. Także przez ludzi. Także przez sytuacje. Czekam więc września! Powrotu braci. Powrotu wspólnej liturgii. Powrotu wspólnego rytmu. Radosne jest to oczekiwanie. Gdy o tym wszystkim myślę, uśmiech nie znika z mej twarzy. Tym kończę na dziś. Dobrej nocy! Doświadczajcie Bożego towarzyszenia na wszystkich Waszych drogach. I niechaj miłościwa Matka, w sierpniu uwielbiana w tak wielu odsłonach, broni Was zawsze i strzeże.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s