Chrześcijanie, czyli ludzie Drogi

6/11/2019

Dzisiejsza Ewangelia [Łk 14,25-33] zaczyna się od słów, które stanowią doskonały punkt wyjścia do wpisu dotyczącego Camino. Wielkie tłumy szły z Jezusem. Wielkie tłumy bowiem lały się też Drogą prowadzącą do Santiago de Compostela, kiedy przez trzy tygodnie, na przełomie września i października, maszerowałem, za punkt wyjścia obierając Burgos, odległe od celu o mniej więcej 500 km. Wielkie tłumy przewalały się codziennie przez schroniska (albergues) oraz przez przydrożne knajpki i bary. Mniej liczne można było napotkać w kościołach i kaplicach. Na Eucharystię docierała właściwie ta sama, kameralna grupka ludzi. Camino dziś, po sukcesie kilku książek i filmów, to głównie trekking i turystyka. Aspekt pielgrzymowania trudno niekiedy w tym wszystkim dostrzec. Trudno wykroić przestrzeń potrzebną, by w ciszy przeżywać duchowość. Trudno znaleźć sposobność, by zagłębić się w samotności. Camino bowiem to potok ludzi, który leje się w kierunku grobu św. Jakuba.

Jechałem pielgrzymować po północnej Hiszpanii nie wiedząc tego wszystkiego lub może nie do końca sobie to uświadamiając. Chciałem przeżyć czas pustyni, rozumianej jako przestrzeń ciszy i względnego odosobnienia, a przy tym przestrzeń spotkania z Panem Bogiem. Camino okazało się jednak inną pustynią – zdecydowanie surowszą i boleśniejszą, ale równocześnie bardzo znaczącą, szczególnie kiedy spoglądam szerzej na cały kontekst mojego życia, wyborów, przed jakimi stoję, a także pytań, jakie noszę – istnienia wielu z nich nawet sobie nie uświadamiałem. Camino, mimo że wyglądało zupełnie inaczej niż mógłbym to sobie wyobrażać, a może właśnie dzięki temu, dało mi dużo, a nawet bardzo dużo. Oczywiście tam, na miejscu, nic na to nie wskazywało. Przeciwnie, krocząc najpierw przez region Castilla y León, a później przez hiszpańską Galicję, wyniszczony fizycznie, zmęczony psychicznie, ponadto spragniony duchowo, nie dostrzegałem ani wagi tej Drogi, ani też sensu tego wysiłku.

Przez cały czas niosła mnie modlitwa innych ludzi, którą czułem każdego dnia. Na poziomie fizycznym i zdrowotnym przeszedłem przez te trzy tygodnie więcej niż normalny człowiek przechodzi w trzy lata. Wymienię tylko: udar słoneczny, alergie skórne, zapalenia stawów skokowych, stany zapalne mięśni i stan zapalny zabezpieczonego przed wyjazdem zęba, ostre dolegliwości układu gastrycznego, a na dzień przed wejściem do Santiago – pęknięcie kości w śródstopiu… Patrząc na moją kondycję fizyczną nie sposób było uwierzyć, że można w takim stanie wciąż iść naprzód. A jednak! Na skrzydłach modlitwy tych, których troski wziąłem na bary i innych przyjaznych mi osób, sunąłem naprzód. Czułem obstawę i wsparcie moich własnych Churów i Aaronów. Wielki jesteś Panie, że wsłuchujesz się w modlitwy swych dzieci i odpowiadasz na nie, opiekuńczy Boże!

Tu drobna historia na marginesie, którą pragnę przywołać. Przed wyjazdem oświeciło mnie, że idąc mogę przysłużyć się innym i wziąć ze sobą ich troski. Powiedziałem, że mogę zabrać ze sobą kamienie i ponieść je Drogą. „Będę się za Was modlił, a kiedy serce w rozproszeniu nie będzie powtarzać modlitwy, i kiedy umysł zajęty czym innym zapomni, to chociaż mięśnie będą pamiętać i będą swym wysiłkiem zanosić prośby do Boga” – mówiłem. Kilka osób zdecydowało się przynieść po kamieniu. Karina, moja znajoma nauczycielka, dała mi największy – opisany z dwóch stron. Kiedy go zobaczyłem, sądziłem, że żartuje, ale zrozumiawszy, że to wszystko jak najbardziej na poważnie, przyjąłem kamień, a potem zabrałem ze sobą i niosłem. Po powrocie dowiedziałem się, że nie tylko ona, ale wszystkie dzieci, które uczy, modliły się w mojej intencji i zanosiły swe wstawiennicze prośby do Pana. „Głupcze! Przecież wysiłek niesienia tego kamienia nie był nawet w małym stopniu współmierny do tego, co otrzymałem” – pomyślałem. Jak długa jest jeszcze droga, którą musi pokonać moje serce i umysł, aby zostały oczyszczone i abym mógł zostać choć odrobinę uświęcony…

Drugą rzeczą – kluczową, by nie poddać się gdzieś w pół drogi – była świadomość obranego celu. Wiedziałem skąd wyruszyłem, widziałem codziennie postęp, a na horyzoncie był konkretny cel. Niczym w soczewce było w tym widać życie chrześcijańskie. Mimo wichur i niepowodzeń, burz i piętrzących się problemów, chrześcijanin wie dokąd idzie. Chrześcijanin bowiem posiada serce, które jest jak busola, gdyż serce to należy do Boga, który zaprasza do siebie i pragnie nas ocalić. Wiedząc, że obranym celem jest Niebo, idzie się znacznie łatwiej, choćby wokół wszystko waliło się i choćby cały świat płonął, a codzienność przypominała momentami koszmar. Chrześcijanin wie dokąd zmierza. I wie, jak tam dojść, gdyż ma wzór w postaci Pana i Zbawiciela – Jezusa Chrystusa. To chyba jest immanentna wartość każdej pielgrzymki – człowiek uświadamia sobie, że tak jak pielgrzymując jest w drodze, tak jest w niej przez całe życie, próbując dotrzeć do celu, jakim jest stanięcie i wieczne trwanie przed Bogiem twarzą w twarz. Camino przypomniało mi, że warto jest pielgrzymować, bo odświeża się wewnętrzne zrozumienie sensu naszego życia. Zresztą dzieje się znacznie więcej.

Droga, którą przeszedłem, była drogą przez pustynię. Wyszedłem z niej obolały, lecz szczęśliwy. Intensywnie kusił mnie świat, ale z perspektywy tynieckiego opactwa zrozumiałem ponownie, ze zdwojoną mocą, że mój świat jest w oddali od współczesnego mainstreamowego świata. Moją rzeczywistością jest obumieranie dla świata, by tym samym urzeczywistniać – poprzez antycypację – rzeczywistość niebieską. Tyniec stał się akuszerem tej świadomości i tego dogłębnego doświadczenia własnego powołania. Jakże przedziwnie i jak wspaniale komunikujesz się, umiłowany Boże, ze swymi dziećmi! Zamiast wymuszenia – pełna wolność. Tylko delikatnie rozjaśniasz drogę prowadzącą do wiecznego szczęścia, ale kiedy z niej zbaczamy, Ty cierpliwie czekasz i wciąż na nowo, niestrudzenie oświetlasz kolejne trasy, które mogą nas doprowadzić do Ciebie. Podczas pobytu w Tyńcu zrozumiałem, że mój świat opiera się na modlitwie – z niej wychodzi i do niej powraca, z niej się rodzi i w niej znajduje spoczynek. Wielki jesteś, Panie, w swojej łaskawości, że do tak często zachłyśniętego sobą oślęcia, jakim jestem, potrafisz dotrzeć i w ogóle, że chcesz wciąż docierać. Moja wdzięczność rośnie z dnia na dzień, a moja miłość i uwielbienie – choć niczym są przy tym, co Ty mi ofiarowujesz – mnoży się i potęguje w czasie.

Camino, wraz z tynieckim czasem dodanym, stało się dla mnie niczym czas ciąży i rodzenia. Przeszedłem trud rozłożony i narastający w czasie. Przeżyłem ból związany z tym stanem i chęć rzucenia wszystkiego. Na finiszu przytrafił mi się zaskakująco lekki poród, który jednak nie był pozbawiony ofiary. Serce przylgnęło do Serca, a radość wypełniła każdą komórkę, nadając sens wszelkim poniesionym wyrzeczeniom i zaznanym udrękom. Bardzo polecam pielgrzymowanie! Nie musi to być Camino – szczególnie Camino Frances, bo jest naprawdę wiele pięknych tras i wiele świętych miejsc, do których można się udać. Warto jednak wyruszyć i warto iść. Chrześcijanie to ludzie w drodze. Więcej – chrześcijanie to ludzie Drogi, stąd pewnie pielgrzymowanie jest dla nas tak naturalne, jak oddychanie powietrzem. Zapomniałem o tym na lata, a podczas ostatniego wyjazdu odkryłem i pokochałem na nowo. Pielgrzymowanie jest też potrzebne, by złapać dystans i ustabilizować perspektywę. Z oddali łatwiej dostrzec, co jest prawdą, a co jedynie złudzeniem. Wdzięczny wróciłem i wdzięczny pozostaję. Chwała naszemu Panu, Chrystusowi!

1 Comment

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s